piątek, 15 maja 2015

FELIETON: Ile lewicy w "lewicy"?

To się porobiło. Przegrana Bronisława Komorowskiego w pierwszej turze wyborów prezydenckich to już przegadana sprawa. Czas pochylić się nad wynikiem osiągniętym przez lewicę w tegorocznej elekcji na prezydenta. Popatrzymy na słupki procentowe. Te magiczne 10% przekroczyło tylko trzech kandydatów: konserwatywny obyczajowo i liberalny gospodarczo urzędujący prezydent z PO, konserwatywny kulturowo i solidarny w sferze ekonomicznej Andrzej Duda z PIS oraz niezależny antypartyjny muzyk rockowy Paweł Kukiz. Próżno szukać w całym zestawieniu kandydatów osoby o lewicowych przekonaniach. A nie, jednak jest wśród nich ktoś, kto niby reprezentuje lewicowe środowisko. Magdalena Ogórek z poparciem 2,4%. Nie wygląda to zachęcająco? Prawda, ale czy wystawiona przez Sojusz Lewicy Demokratycznej pani doktor specjalizująca się w historii Kościoła katolickiego to w ogóle była lewica? A czy SLD, mimo lewicowej wprost nazwy na partyjnym szyldzie, to wciąż lewica? Oto pytanie. Czy lewica wystawiła w wyborach lewicę? W tym cały problem.
 
Grzechem śmiertelnym polskiego nurtu lewicy, a co najmniej partii zasiadającej w parlamencie po lewej stronie sali obrad, jest sprowadzanie problematyki społecznej wyłącznie do spraw obyczajowych, podczas gdy dyskurs lewicowy winien toczyć się przede wszystkim wokół spraw ekonomii i materialnego bytu człowieka. W świadomości polskiej, ukształtowanej przez opiniotwórcze media i niestety oderwanych od rzeczywistości działaczy SLD oraz Ruchu Palikota współczesny "lewak" to rozpustny kumpel gejów i lesbijek, cwany lobbysta klinik aborcyjnych, zmieniający definicję płci  "chirurg kulturowy", a zarazem szargający najświętsze wartości rodzinne niegodziwiec i opluwający kościół antyklerykał. A jaki jest prawdziwy lewicowiec? To po prostu człowiek wrażliwy i czuły na niesprawiedliwość społeczną, której przyczyn szuka w źle skonstruowanym systemie ekonomicznym. Osoba z ideowym sercem po lewej stronie jest tam, gdzie ludzi bezprawnie eksmituje się na bruk. Lewicowy społecznik gości na protestach pracowników, którym pracodawca zalega wiele miesięcy z wypłatą wynagrodzenia. Lewicowa dusza buntuje się, gdy słyszy o głodujących dzieciach na "zielonej wyspie". Wreszcie orędownik lewicowych idei dostaje drgawek, gdy dowiaduje się, że 1% najbogatszych ludzi posiada w sumie taki majątek co najbiedniejsza połowa ludzkości. Czyste ideały lewicy urzeczywistniają masowe ruchy robotniczo-socjalistyczne zawiązujące się w Ameryce Łacińskiej, a w niektórych jej krajach przejmujące władzę w drodze demokratycznych wyborów. Nie ta kultura? Odmienna politycznie od naszej polskiej? Proszę bardzo. SYRIZA w Grecji i Podemos w Hiszpanii. Nie trzeba daleko szukać, żeby zrozumieć, że lewicowy bój o zwycięstwo na różnych szczeblach władzy ma zgoła odmienny charakter od polskiej "lewicowej" maskarady.

Wystawiona w wyborach prezydenckich Magdalena Ogórek, mimo bycia młodą, wykształconą i atrakcyjną osobą, poniosła sromotną klęskę. Czemu? Bo była twarzą  z niezrozumiałych względów określaną mianem lewicowej. Prezentowany przez nią program wyborczy (nowa kodyfikacja prawa podatkowego, ulgi dla młodych przedsiębiorców, powołanie gwardii narodowej) był skierowany do elektoratu, który miał już jakiegoś faworyta w szeregu innych kontrkandydatów jawnie deklarujących przywiązanie do idei prawicowych, w tym kapitalistycznych i liberalnych. Nowy kodeks spółek handlowych? Może na początek dobrze byłoby podnieść poziom czytelnictwa zwykłych książek wśród społeczeństwa, bo do lektury sejmowych ustaw przez szarych obywateli jeszcze daleka droga. Pomoc dla młodych osób zaczynających działalność gospodarczą? Chyba lepiej żeby najpierw popracowali i zarobili pierwsze pieniądze jako pracownicy w cudzych firmach, bo śmiałe i pewne wejście na salony przedsiębiorczości winno być zwieńczeniem kariery zawodowej, a nie jej początkiem. Sformowanie ochotniczej milicji narodowej? Głowy pozbawionych perspektyw życiowych ludzi zaprzątają raczej myśli dotyczące walki o byt, a nie z potencjalnym imperialistycznym najeźdźcą ze Wschodu. Wcześniej czy później składanie takich obietnic musiało zerwać maskę i odsłonić prawdziwą pseudolewicową twarz kandydatki  i tak stało się w momencie, gdy pani Ogórek wpadła w oko panu Januszowi Korwin-Mikkemu, który na słowo "lewica" reaguje jak opętana przez demona Regan MacNeil z filmu "Egzorcysta" na święconą wodę. 
 
Lewica była zawsze antyestablishmentowa, antysystemowa i antykapitalistyczna i taka musi być współcześnie, jeśli chce odróżniać się od prawicowych partii i organizacji, oraz pozyskiwać głosy wyborców niezadowolonych ze wzrostu rozwarstwienia dochodowego i innych nierówności. Jej elektorat to głównie ludzie bezrobotni, wykluczeni, niepewni jutra, biedni pracujący, niepełnosprawni i samotnie wychowujący dzieci. Czyli wszyscy ci, co zazwyczaj nie chodzą na wybory organizowane w Polsce. Szukanie poparcia u tych, których niedzielny wypad do komisji wyborczych, podnosi zamykającą się zazwyczaj w 40-50% frekwencję, kończy się katastrofą. Głosujący w pierwszej turze już pokazali, że stawiają na kandydatów, którzy lepiej zrealizują postulaty, jakie wysunęła Magdalena Ogórek. Sympatyczna pani doktor chyba to zrozumiała i da sobie teraz spokój z polityką. A czy lekcję odrobi SLD na czele z Leszkiem Millerem? A czy to nadal lewica? No właśnie.

czwartek, 14 maja 2015

FELIETON: Powyborcza iluminacja

Nie milkną echa po ogłoszeniu pełnych i oficjalnych wyników pierwszej tury wyborów na prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej. Dyżurni politolodzy, redaktorzy największych stacji telewizyjnych, i publicyści najpoczytniejszych tytułów, czyli wszystkie mądre głowy "żyjące" na co dzień z komentowania wydarzeń w świecie polskiej polityki, dociekają, jak to się stało, że Bronisław Komorowski - król wszystkich przedwyborczych sondaży - przegrał pierwsze starcie w walce, której stawką była jego reelekcja. Przecież wygrana miała być pewna jak w banku pod czujnym nadzorem polskiego KFN. Opiniotwórcze media robią wielkie oczy w zderzeniu z faktem, że miejsce na szczycie rankingu pretendentów do tytułu prezydenta RP przypadło Andrzejowi Dudzie, kandydatowi, którzy jak się okazało był niedoszacowany w badaniach, jakimi bombardowały widzów i czytelników rzekomo nieomylne sondażownie. Jeszcze większe emocje na wizji i na łamach prasy wzbudza imponujące poparcie, jakie uzyskał antysystemowy rockman, Paweł Kukiz, który uchodzi nawet za nieformalnego zwycięzcę pierwszej rundy wyścigów po przytulny apartament w Belwederze.
 
Wychodzę z założenia, że nie ma potrzeby szukania na siłę i wymyślania różnorakich przyczyn powyborczej klęski urzędującego prezydenta Polski. Sprawa jest banalnie prosta i potwierdza mądrość ludowego porzekadła, że "bez pracy nie ma kołaczy". Najzwyczajniej w świecie walczący o ponowny wybór prezydent i jego sztab tworzony przez strategów z legitymacją PO prowadzili kiepską kampanię wyborczą - niemrawą i niemądrą, stroniącą od jakiegokolwiek wysiłku. Wręcz była ona modelowym przykładem tego, jak nie należy zabiegać o sympatię wyborców, chyba że celem takich działań jest świadome dążenie do porażki niczym bezrobotny, który dwoi się i troi, by zrobić złe wrażenie na rozmowie kwalifikacyjnej i nie przejść rekrutacji, a więc ostatecznie nie pójść do pracy i wrócić na wygodny fotel zarezerwowany dla ludzi pokroju serialowego Ferdynanda Kiepskiego. Nie do pomyślenia? Być może, ale podobny efekt osiągnęli sztabowcy Bronisława Komorowskiego, więc kto wie, czy nie ma w tych dywagacjach cząstki prawdy.
 
Wykaz głównych grzechów popełnionych przez znokautowanego prezydenta i jego zagubionych jak dziecko we mgle członków sztabu? Proszę bardzo.
 
Chorobliwe unikanie debat jak diabeł święconej wody. W każdym normalnym kraju prezentacja swoich poglądów i programów na tle innych kandydatów to podstawowe narzędzie promowania własnej kandydatury. Zasłanianie się polską tradycją nieorganizowania debat przed pierwszą turą wyborów prezydenckich w ustach obecnego prezydenta miała niepoważny wydźwięk. Nie od dziś wiadomo, że tradycje polityczne łamie się równie łatwo jak wyborcze obietnice, więc nic nie stało na przeszkodzie, by z otwartą przyłbicą, w otoczeniu rywali, stanąć w świetle kamer i powalczyć  o najwyższy urząd w państwie. Co ważniejsze, suweren - sprawujący władzę zwierzchnią lud polski - domagał się organizacji takiej dyskusji w szerszym gronie, a przeważająca część respondentów była za tym, by popierany przez PO kandydat wziął udział w polemice ze swymi politycznymi oponentami. A jakie powstało wrażenie po nieobecności Bronisława Komorowskiego na tej debacie? Ktoś złośliwy mógł powiedzieć, że prezydent miał cykora, co mogło być prawdą, skoro sam zainteresowany odmówił uczestnictwa, twierdząc, że będzie atakowany ze wszystkich stron przez kontrkandydatów (czy ktoś, kto zamierza być rzecznikiem wielomilionowego narodu, powinien mieć w ogóle takie obawy?). Jednak, co gorsza, wielu mogło odebrać tą decyzję jako jawny wyraz braku szacunku dla spragnionego igrzysk elektoratu i pewnie część wyborców wypowiedziała się jasno na ten temat, wrzucając do wyborczej urny kartkę z krzyżykiem postawionym przy nazwisku innego kandydata. Paradoksalnie, w tym przypadku sondowanie opinii publicznej przez czołowe ośrodki badawcze okazało się być ze wszech miar wiarygodne. 
 
Naiwne podejście w stylu "wybierzcie mnie, bo inni są be". Piastujący obecnie urząd prezydent strzelił sobie w stopę, czyniąc krytykę innych kontrkandydatów głównym tematem swoich wystąpień publicznych. Zamiast na wiecach wyborczych skupiać uwagę na swojej osobie, kierował zainteresowanie słuchających na sylwetki swoich rywali, nawet jeśli malował ich wizje Polski w najczarniejszych barwach. Pomijając już fakt, że urzędująca główna państwa traktowała z góry swoich konkurentów, żeby nie powiedzieć arogancko, to jeszcze nie była w stanie przedstawić Polakom spójnego i perspektywicznego programu rozwoju Polski, a przynajmniej zarysu projektu,  któremu patronowałby prezydent Bronisław Komorowski. Hasła wypowiadane przez następcę tragicznie zmarłego Lecha Kaczyńskiego sprowadzały się do obwieszczenia społeczeństwa następującej formułki: "proszę o kolejne pięć lat władzy w pałacu prezydenckim, a będzie tak jak do tej pory, a przecież jest cudownie, bajkowo i kolorowo, więc czego można jeszcze chcieć". Przyjęcie takiej retoryki w okresie tak wzmożonych napięć społecznych o podłożu ekonomiczno-finansowym to kopanie pod sobą politycznego grobu.
 
Brylowanie w gronie uśmiechniętych i zadowolonych. Powinno być rzeczą absolutnie oczywistą, że startuje się w jakichkolwiek wyborach po to, aby zmieniać kraj na lepsze. W teorii, a jak to wygląda w praktyce, to już temat na inną dyskusję. W każdym razie logika podpowiada, że uczestnik kampanii wyborczej winien kierować swoją ofertę do osób, które nie są zadowolone ze swego położenia materialnego i zawodowego, czują się wykluczone bądź oczekują realizacji pewnych postulatów mogących ulżyć ich trudnej doli. Tym bardziej można było przecierać oczy ze zdumienia, jak nader często Bronisław Komorowski zwracał się do swoich zwolenników o to, by nie dopuścili do władzy głosu "innej" Polski, czyli tych wszystkich malkontentów i frustratów krzyczących na jego wiecach. Tak jakby zapomniał, że te okazujące niezadowolenie jednostki, nieracjonalne w jego mniemaniu, nie pochodzą z Marsa, ale mieszkają tu, w Polsce, i mają wielką siłę w postaci kartki wrzucanej do tej samej urny. Prezydent chciał budować wywieszoną na sztandarach zgodę i widział w sobie reprezentanta całego narodu (słynna akcja z obwołaniem się "kandydatem obywatelskim"), a jednocześnie podczas swoich przemówień dzielił ten naród jak tylko było to możliwe. Stąd słupek procentowy, jaki wyszedł z podliczenia głosów przez PKW, miał taką, a nie inną wysokość.
 
Zaklinanie na siłę rzeczywistości. Ostatni zarzut wobec stylu prezentowanego przez kandydata wywodzącego się z matecznika PO. Jak można myśleć o sukcesie, jeśli na konkretnie postawione przez dziennikarza pytanie o wysoką liczbę młodych obywateli deklarujących chęć wyjazdu z kraju po opuszczeniu murów, czy to szkół średnich czy uczelni, mający złudną przewagę w sondażach kandydat bagatelizuje ten problem, mówiąc, że kiedyś to opuszczały kraj miliony naszych rodaków, a teraz to raptem 60 tys. rocznie, więc w sumie nie jest źle. Przyjmując, że podana wielkość statystyczna jest prawdziwa, to przecież te tysiące emigrantów to nadal ogromna grupa obywateli, a niemal za każdym z nich kryje się zasmucająca historia naznaczona w głównej mierze brakiem pracy, pieniędzy i perspektyw na przyszłość na polskiej ziemi.

Za te wszystkie błędy i zaniechania w niedzielny wieczór gorącą głowę prezydenta Polski ochłodził wylany kubeł zimnej wody. Iluminacja, która dajmy na to spłynęła na jego sztab po tej merytorycznej i wizerunkowej porażce, powinna rychło doprowadzić do zmiany strategii w trwającej jeszcze dwa tygodnie kampanii wyborczej. Oświecenie musi stać się też udziałem twarzy tej kampanii, która woła z plakatów o zgodę i bezpieczeństwo. W przeciwnym razie trzeba będzie spakować walizki i wyprowadzić się z eleganckiego pałacu. A brak nad sobą żyrandola może wyzwolić nawet w Bronisławie Komorowskim najpaskudniejszą frustrację, która będzie upuszczana, gdy głos zabierze Andrzej Duda. Na stanowisku nowego prezydenta, rzecz jasna.  

piątek, 8 maja 2015

Umowa o pracę poza zasięgiem miliona pracowników

Badanie wykonane przez Bilans Kapitału Ludzkiego (BKL) informuje, że ponad milion Polaków pracuje bez umowy podpisanej z pracodawcą. Osoby wykonujące pracę poza legalnym systemem zatrudnienia to głównie mieszkańcy wschodnich województw kraju i regionów, w których stopa bezrobocia jest najwyższa.  
 
Jak podaje Gazeta Wyborcza publikująca dane w oparciu o badanie BKL, szara strefa obejmuje około milion czynnych zawodowo polskich obywateli. Podane do wiadomości publicznej statystyki uwzględniają wyłącznie pracowników, którzy przyznali się do wykonywanej nielegalnie pracy. W tej sytuacji istnieje podejrzenie, że liczba osób zarabiających pieniądze ukryte przed wzrokiem organów administracji państwowej jest znacznie większa.  Z opublikowanego badania wynika, że 3 na 5 zatrudnionych w szarej strefie jest zadowolonych ze swojej sytuacji.
 
Zatrudnienie w szarej strefie, potocznie zwane pracą na czarno, jest instrumentem wykorzystywanym przez pracodawców do obniżenia kosztów związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej. Zmniejszenie wydatków dotyczących zatrudnienie odbywa się poprzez niepłacenie składek społecznych za pracownika, który dzięki temu może liczyć na wyższą pensję, nieobciążoną podatkami. Drugą stroną medalu tego modelu zatrudnienia jest staż pracy krótszy o przepracowane na czarno lata oraz brak ubezpieczenia, w tym zdrowotnego dla pracownika.

czwartek, 7 maja 2015

Horror w kolejnym rodzinnym domu dziecka

Wykryto kolejny przypadek znęcania się nad dziećmi w rodzinnym domu dziecka. Małżeństwu ze Świerklańcu, któremu przyznano status rodziny zastępczej, prokuratura postawiła już zarzuty. Dotyczą one stosowania przemocy fizycznej i psychicznej wobec wychowanków.
 
Sprawa znęcania się nad podopiecznymi w rodzinnym domu dziecka w Świerklańcu koło Tarnowskich Gór wypłynęła w związku z wizytą kuratora. Dzieci powiedziały funkcjonariuszowi, że rodzice zastępczy pokazują im zdjęcia innych wychowanków, których spotkała kara. Opiekunowie chcieli zastraszyć podopiecznych wizją podobnych cierpień, jeśli ci nie będą zachowywali się tak jak należy. Wachlarz omawianych kar był bardzo szeroki i obejmował m.in. klęczenie nago z podniesionymi rękami, zamykanie w pokoju na kilka dni i przymusowe głodzenie.    
 
Z komputera oskarżonych rodziców biegli odzyskali ponad 90 tysięcy plików filmowych i zdjęciowych, dotyczących stosowania przemocy wobec dzieci. Jest to kluczowy materiał dowodowy w toczącej się sprawie. 
 
Wychowawcy, którzy dopuścili się przestępstwa, zostali zatrzymani w ostatnim tygodniu kwietnia. W tym czasie pod ich opieką znajdowało się ośmioro dzieci, jedno z nich było już pełnoletnie. Maltretowani przez małżeństwo wychowankowie zostali skierowani do innych rodzin zastępczych.  

poniedziałek, 4 maja 2015

Prof. Bogan Chazan bez zarzutów

Warszawska prokuratura poinformowała o umorzeniu śledztwa w sprawie odmowy przeprowadzenia aborcji przez profesora Bogdana Chazana. Prokuratorzy stwierdzili, że były dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. Świętej Rodziny w Warszawie nie złamał prawa, mimo iż istniały medyczne przesłanki do usunięcia ciąży.
 
Prowadząc postępowanie w związku z zarzutem „narażenia pacjentki na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w związku z odmową przeprowadzenia zabiegu usunięcia ciąży”, śledczy na podstawie zebranego materiału dowodowego i opinii biegłych doszli do wniosku, że ciąża nie zagrażała ani zdrowiu, ani życiu kobiety, która czuła się poszkodowana przez działania prof. Bogdana Chazana.
 
W nieoficjalnych rozmowach prokuratorzy, biorący udział w śledztwie, wyrażali opinię, że ze względu na klauzulę sumienia są bardzo nikłe szanse na postawienie zarzutów znanemu profesorowi ginekologii, będącemu zdeklarowanym przeciwnikiem aborcji.  
 
Afera wokół Bogdana Chazana wybuchła kilka miesięcy temu, gdy media ujawniły zeznania pacjentki Szpitala Specjalistycznego im. Świętej Rodziny, według której dyrektor placówki, mimo iż nie był lekarzem prowadzącym jej ciążę, świadomie i celowo przeciągał procedury tak, aby jej przerwanie nie mogło zostać wykonane z mocy prawa. Pokrzywdzona twierdziła też, że bezkompromisowa, zgodna z katolicką nauką społeczną, postawa Chazana wobec aborcji wywarła presję na innych lekarzach, którzy również wzbraniali się przed dokonaniem zabiegu z obawy przez reakcją swojego przełożonego. Według niej dyrektor szpitala nie wskazał też osoby, która byłaby w stanie przeprowadzić aborcję, mimo iż, jak nakazują przepisy, miał taki obowiązek.
 
W następstwie kontroli krajowy konsultant ginekologii uznał, że w szpitalu doszło do naruszenia prawa, zaś Narodowy Fundusz Zdrowia stwierdził nieprawidłowości i nałożył na szpital 70 tys. zł kary. Ostatecznie prof. Chazan został zwolniony z funkcji dyrektora szpitala przez prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz.  
 
 
 
 

sobota, 25 kwietnia 2015

Rzecznik Putina o zakazie dla rajdu "Nocnych Wilków" przez Polskę

Na konferencji prasowej Dmitrij Pieskow, rzecznik prezydenta Rosji Władimira Putina, wyraził ubolewanie z powodu zakazu rajdu motocyklowego "Nocnych Wilków" przez Polskę. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych informuje, że decyzja o odmowie wjazdu na nasze terytorium ma charakter formalny.   

Dmitrij Pieskow, na pytanie, jak władze rosyjskie ustosunkowują się do polskiego zakazu wjazdu "Nocnych Wilków" na terytorium Polski, odpowiedział: "Bardzo żałujemy. Ubolewamy nad taką decyzją". Rzecznik rosyjskiego prezydenta nie chciał odpowiedzieć, czy decyzję podjętą przez polskie władze uważa za polityczną.
Marcin Wojciechowski, rzecznik polskiego MSZ, powiedział mediom, że decyzja o zakazie rajdu nie ma charakteru politycznego i jest oparta na przesłankach formalnych. Jak zaznaczył, otrzymana od strony rosyjskiej nota z prośbą dotyczącą przejazdu grupy motocyklistów była bardzo nieprecyzyjna - nie zawierała trasy przejazdu, lokalizacji noclegów, listy uczestników i programu rajdu. Według rzecznika dane te są niezbędne do zapewnienia bezpieczeństwa gościom z Rosji i organizacji całego przedsięwzięcia związanego z ich przejazdem.

"Nocne Wilki" to nacjonalistyczny klub motocyklowy, utrzymujący przyjacielskie relacje z Władimirem Putinem. Jego członkom zarzuca się udział w akcji propagandowej na rzecz aneksji Krymu przez Rosję. Rosyjscy motocykliści zamierzają  przejechać w końcu kwietnia trasą Moskwa-Berlin, by uczcić 70. rocznicę zakończenia II wojny światowej. Polska miała być na ich trasie krajem "tranzytowym".
   

Publikacja World Happiness Report 2015

W Internecie ukazał się "World Happiness Report 2015", raport opisujący poziom szczęścia u ludzi żyjących w obecnych czasach. W jednym z rozdziałów zamieszczono ranking 158 państw sklasyfikowanych pod kątem zadowolenia z życia zamieszkujących w nich obywateli. W pierwszej trójce znalazły się Szwajcaria, Islandia i Dania. Polska zajęła 60. miejsce.
 
"Raport o Szczęściu na Świecie" z 2015 roku został przygotowany przez Johna Helliwella, Richarda Layarda i Jeffreya Sachsa. Dostępny w Internecie dokument liczy 172 strony i składa się z ośmiu rozdziałów. Zawiera m.in. listę krajów uszeregowanych według oceny poziomu życia przez ich mieszkańców. W rankingu obejmującym ogółem 158 państw czołowe miejsca zajęły kolejno: Szwajcaria, Islandia, Dania, Norwegia, Kanada, Finlandia, Holandia i Szwecja. Polska znalazła się na 60. miejscu. Wyprzedziły ją niektóre sąsiadujące z nią państwa: Niemcy (26.), Czechy (31. miejsce), i Słowacja (45.). 
 
Przy ocenie życia w danym państwie brano pod uwagę różne kryteria. Kolejno były to: wsparcie społeczne, wolność dokonywania wyborów życiowych, szczodrość w przeznaczaniu pieniędzy na cele dobroczynne oraz ocena rozprzestrzenienia korupcji w kręgach rządowych i biznesowych.
 
"World Happiness Report 2015" to już trzecia publikacja tego typu. Poprzednie edycje pochodzą z 2011 i 2013 roku.
 
 

czwartek, 23 kwietnia 2015

Strajk budżetówki w Belgii

Pracownicy sektora publicznego w Belgii w ramach akcji protestacyjnej zaprzestali przychodzić do pracy. Niderlandzki kraj został praktycznie sparaliżowany przez strajk, do którego przyłączają się kolejne grupy zawodowe. Powodem protestu jest pakiet antyspołecznych reform, forsowany przez rząd Charlesa Michela.
 
 
Strajk budżetówki, który wybuchł 23 kwietnia, doprowadził do zawieszenia wielu usług publicznych w całej Belgii. Komunikacja w większości belgijskich miastach przestała funkcjonować. Nie kursują ani autobusy, ani tramwaje. Stanęły również pociągi i metro. Działalność urzędów została wstrzymana. Odwołano zajęcia we szkołach. Policjanci, solidaryzujący się z protestującymi, postanowili, że nie będą wystawiać mandatów za drobne wykroczenia.
 
Akcja protestacyjna wymierzona jest w rząd Charlesa Michela, który zapowiedział wprowadzenie szeregu oszczędnościowych reform (podniesienie wieku emerytalnego, obniżenie dodatku na dziecko oraz wzrost kosztów edukacji, opieki nad dziećmi, transportu publicznego i energii) uderzających jednak w bezpieczeństwo materialne i socjalne pracujących obywateli.  
 
Organizatorem strajku jest socjalistyczny związek zawodowy CGSP/ACOD. Poparcia udzieliły mu inne pracownicze organizacje  działające w budżetówce. Sondaże wskazują, że 70% społeczeństwa podchodzi ze zrozumieniem do działań związkowców i zgadza się z ich postulatami.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Program wyborczy Mariana Kowalskiego


Marian Kowalski, kandydat Ruchu Narodowego na prezydenta RP, przedstawił program wyborczy i hasło kampanii. W kwestiach gospodarczych prawicowy działacz kreuje się na zwolennika wolnego rynku z uprzywilejowaną pozycją polskiego biznesu, opowiadającego się za niskim podatkiem liniowym, likwidacją niektórych biurokratycznych struktur i sprzeciwem wobec pazerności banków z obcym kapitałem. Jest też przeciwnikiem wejścia Polski do strefy euro. W sprawach obyczajowych ma krytyczny stosunek do metody in vitro i nadmiernej ingerencji państwa w polską oświatę.
 
Marian Kowalski, wiceprezes prawicowego i nacjonalistycznego Ruchu Narodowego, który zebrał 188 tysięcy podpisów poparcia pod swoją kandydaturą na prezydenta RP, udostępnił na swojej stronie internetowej oficjalny program wyborczy z hasłem "Silny człowiek na trudne czasy". Kilka dni po tym, w wywiadzie przeprowadzonym na antenie jednej z najbardziej znanych rozgłośni radiowych, wypowiedział się szerzej na temat niektórych ze swoich pomysłów. 
 
Prawicowy działacz domaga się maksymalnej wolności gospodarczej dla polskich przedsiębiorców, a jednocześnie postuluje osłabienie wpływów zachodnich korporacji na gospodarkę. Polską przedsiębiorczość zamierza wspierać niższymi i prostszymi podatkami, a także gwarancją bezpieczeństwa podatnika. Z kolei działalność zagranicznego kapitału planuje ukrócić poprzez przesunięcie ciężarów podatkowych na obce firmy, zablokowanie wyprowadzania nieopodatkowanych zysków za granicę i wprowadzenie polskiej konkurencji do zdominowanego przez obcy kapitał sektora bankowego. Kowalski przyczyn niskiej przedsiębiorczości wśród Polaków upatruje w nadmiarze skomplikowanych przepisów, rozroście biurokracji i oligarchicznym systemie gospodarczym. W zakresie systemu podatkowego uznaje wyższość podatku liniowego nad progresywnym, przy czym stawia warunek, że podatek ten musi być względnie niski. 
 
Zdaniem antykomunistycznego polityka należy zlikwidować ZUS, a system ubezpieczeń społecznych zastąpić tzw. emeryturą obywatelską przyznawaną każdemu obywatelowi w równej wysokości. Kandydat uważa, że komunistycznym funkcjonariuszom PRL oskarżanym o zbrodnie powinno się odebrać wszelkie przywileje emerytalne.
 
Przedstawiciel Ruchu Narodowego jest zdecydowanym krytykiem przyjęcia przez Polskę waluty euro. Walutę narodową, jaka jest złotówka, uznaje za podstawę suwerenności gospodarczej polskiego państwa. Bez niej, jak mówi, nie ma się narzędzi do prowadzenia własnej polityki finansowej.
 
Według 50-letniego wiceszefa partii o narodowym charakterze system oświaty powinien zostać tak zorganizowany, aby to rodzice, a nie urzędnicy decydowali o tym, czego i gdzie mają się uczyć ich dzieci. W związku z tym nie jest przeciwny temu, by lekcje religii odbywały się w publicznych szkołach, jeśli prawni opiekunowie dzieci nie mają do takiego planu zajęć żadnych zastrzeżeń.
 
W sprawach światopoglądowych kandydat RN zalicza się do przeciwników in vitro, widząc przede wszystkim w tej procedurze zagrożenie ze strony rozmaitych lobbystów, którzy na szczytnych hasłach pomocy bezdzietnym parom chcą po prostu uzyskać szeroki dostęp do olbrzymich środków publicznych, płynących strumieniem od polskich podatników.
 
 
 
 
 
 
 
  
 
  

sobota, 11 kwietnia 2015

Tekst SEO #1

W wielu domach spotkania przy świątecznym stole stają się świetną okazją do przedyskutowania ostatnich zmian, jakie zaszły w życiu rodziny, jak również jest to okres, w którym każdy może wyrazić zdanie o tym, co aktualnie dzieje się w kraju czy na świecie. Rozmowa niekiedy schodzi na temat nowinek komputerowych i technologicznych. Dokładnie taki scenariusz wydarzeń rozegrał się w ostatnie święta, kiedy jeden z biesiadników (konkretniej - wujek), śledzący na bieżąco wszelkie wiadomości z branży informatycznej, rozpoczął dyskusję o zaletach i wadach urządzeń służących do komunikacji między ludźmi. Pozostali uczestnicy dyskusji, chcąc być uprzejmym wobec niezrównanego pasjonata komunikatorów elektronicznych, usiłowali wypowiedzieć się w kwestiach nieleżących kompletnie w sferze ich zainteresowań. Nawet trzymająca się z dala od komputera ciocia zabrała głos, mówiąc, że: "Ipady są najlepszym rodzajem tabletów" - jak się okazało wyczytała to z artykułu, który dawno temu, zupełnie przypadkowo, wpadł w jej ręce, a z jego lektury zapamiętała właśnie to zdanie. Wtedy to wujek rozkręcił się na dobre, wyjaśniając z podekscytowaniem w głosie, jak bardzo Ipad w rankingu przenośnych komputerów, jest najlepszy i wcześniej czy później nikt nie będzie w stanie się z nim rozstać. Trzeci dyskutant [mniejsza już z tym, kto nim był], chcąc sprawić, by wujek poczuł się jeszcze bardziej dowartościowany, dopowiedział, że: "rzeczywiście ten Ipad to niezawodny telefonik i każdy powinien z niego korzystać w podróży". Przy takim obrocie spraw kolejne minuty rozmowy przy rodzinnym stole musiały upłynąć pod hasłami: "bezawaryjny, bezcenny i solidny", oczywiście w kontekście nieszczęsnego Ipada, o którym wszyscy, poza wujkiem, nie mieli bladego pojęcia. Kto wie, może przy następnym spotkaniu za rok, w tym samym rodzinnym gronie, osoby, które tak dyplomatycznie podeszły do hobby wujka, przyniosą ze sobą Ipady [o ironio, sprezentowane pod choinkę od św. Mikołaja], aby rodzinny znawca komputerów nauczył ich, jak z tego ustrojstwa w ogóle korzystać.  

Ipad jest niezawodny. Ipad jest stabilny. Ipad jest najlepszy. Ipad jest doskonały. Ipad jest bezkonkurencyjny. Ipad jest niezastąpiony. Ipad jest najskuteczniejszy. 

czwartek, 9 kwietnia 2015

Brak poprawy u bezrobotnych 50+

Raport Najwyższej Izby Kontroli (NIK) przedstawia w sposób bardzo krytyczny politykę senioralną realizowaną przez rząd w kontekście zatrudnienia osób powyżej 50 roku życia. Wzrost bezrobocia w tej grupie wiekowej, nieefektywna działalność urzędów pracy, wyłudzanie pieniędzy przed nieuczciwych przedsiębiorców, rozrost szarej strefy i ucieczka bezrobotnych w podeszłym wieku w świadczenia z pomocy społecznej - to główne zarzuty skierowane wobec działań prowadzonych przez resort pracy i podległe mu instytucje.
 
Podczas dyskusji o podnoszeniu wieku emerytalnego rząd zapewniał, że dołoży wszelkich starań, by rynek pracy był otwarty na potrzeby i oczekiwania ludzi, którzy ukończyli 50 rok życia. Z kontroli przeprowadzonej przez NIK wynika jednak, że problem bezrobocia osób w tym wieku nie tylko nie został rozwiązany, lecz rozrósł się do jeszcze bardziej niepokojących rozmiarów. Dane zebrane przez kontrolerów pokazują, że w latach 2009-2012 liczba bezrobotnych 50+ zwiększyła się o 15%, co przy porównaniu z odsetkiem reszty osób pozostających bez pracy (8%) wypada bardzo niekorzystnie.
 
NIK prześwietlił też system wsparcia dla starszych bezrobotnych, funkcjonujący w powiatowych urzędach pracy. Okazało się, że większość przedstawianych im propozycji nie odpowiadała ich potrzebom i oczekiwaniom. Zazwyczaj były to oferty pracy krótkookresowej, niskopłatnej i niestabilnej. Niekiedy pomoc polegała wyłącznie na doradzaniu bezrobotnym, by założyli własną działalność gospodarczą.
 
Ustalenia NIK-u opisują również patologiczny mechanizm pozwalający przedsiębiorcom pomnażać zyski kosztem państwa, podatników i osób poszukujących pracy. Powszechną praktyką stosowaną przez firmy jest zatrudnianie bezrobotnych w wieku 50+ w celu otrzymania stosownych ulg i dofinansowań, a następnie zwalnianie ich w momencie, gdy kończy się dostęp do środków publicznych. Jak wynika z kontroli, niektórzy pracodawcy traktują publiczne urzędy pośrednictwa pracy jako rezerwuar taniej siły roboczej - zamieszczają ogłoszenia o poszukiwaniu pracowników w starszym wieku, ściągają do siebie odpowiednich kandydatów, po czym wycofują oferty z urzędów, proponując zarejestrowanym w nich osobom pracę na czarno.   
 
Według autorów raportu bezrobotni, którzy skończyli 50 lat, też nie zawsze zachowują się uczciwie. Około połowa z nich w kontaktach z państwowymi urzędami symuluje poszukiwanie pracy, ponieważ zainteresowana jest wyłącznie pozyskaniem świadczeń społecznych. Wiąże się to z brakiem indywidualnej pomocy i nieumiejętnością aktywizacji tego rodzaju osób w całościowej polityce zatrudnienia.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Biały Protest przed KPRM i Belwederem

Pielęgniarki przed KPRM. Manifestacja zorganizowana przez Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i "Sierpień 80" z okazji piątej rocznicy "białego miasteczka" z 2007 rokuObchodzony w dniu 7 kwietnia Światowy Dzień Zdrowia stał się impulsem do zorganizowania przez kilkuset pracowników służby zdrowia protestu przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów. Demonstranci, nosząc transparenty i skandując hasła, pragnęli przypomnieć rządzącym o złożonych obietnicach i zwrócić ich uwagę na dramatyczną sytuację w ochronie zdrowia, zwłaszcza z punktu widzenia osób zatrudnionych w sektorze opieki zdrowotnej.
 
Organizatorem wtorkowego protestu przed KPRM był Krajowy Sekretariat Ochrony Zdrowia NSZZ "Solidarność". Zrzeszeni w tej organizacji pracownicy chcieli naświetlić dwie największe bolączki w ochronie zdrowia, przekładające się negatywnie m.in. na jakość świadczonych pacjentom usług medycznych, tj. niskie pensje i braki kadrowe. Przewodnicząca Maria Ochman wyraziła stanowczy sprzeciw wobec braku realizacji szeregu obietnic, jakie złożono podczas tzw. Białego Szczytu zwołanego z inicjatywy rządu na początku 2008 roku. Wiele gorzkich słów padło pod adresem premier Ewy Kopacz, która w oczach protestujących jest osobą odpowiedzialną w największym stopniu za zapaść w systemie opieki zdrowotnej jako była minister zdrowia w rządzie Donalda Tuska.  
 
Uczestnicy protestu sprzed KPRM przeszli przed Belweder. Miała to być również demonstracja niezadowolenia z powodu braku aktywności u prezydenta Bronisława Komorowskiego. Zdaniem organizatorów marszu urzędujący prezydent przez niemal cały okres swej kadencji lekceważył dialog społeczny i podpisywał szkodliwe dla personelu ustawy zdrowotne. Pikietujący pracownicy wytknęli głowie państwa, że przypomina sobie o nich tylko wtedy, gdy zbliża się czas wyborów i waży się jego kariera polityczna.   
 
W proteście uczestniczyli m.in. przedstawiciele zawodów medycznych, inspekcji sanitarnej i pomocy społecznej. Protestujący na trzy godziny zablokowali ruch w Alejach Ujazdowskich. Przed godziną 15. wszystko wróciło do normy.
 
Światowy Dzień Zdrowia jest obchodzony co roku 7 kwietnia, w rocznicę powstania Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Co roku organizacja ta wybiera temat przewodni swej kampanii prowadzonej w celach ochrony zdrowia publicznego. W tym roku omawianym zagadnieniem jest bezpieczeństwo żywności.

niedziela, 29 marca 2015

FELIETON: Niezdrowa "elastyczność"

W głośnym wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" Henryka Bochniarz, prezydent reprezentującej interesy polskich przedsiębiorców Konfederacji Lewiatan, wyraziła bardzo krytyczny stosunek do pracy na etacie. Jej zdaniem jest to przestrzały model zatrudnienia, krępujący kreatywnym pracodawcom ręce w zakładaniu i rozwijaniu swoich firm w Polsce. Rzeczniczka praw osób prowadzących działalność gospodarczą dała do zrozumienia, że w niedalekiej przyszłości opcja umowy o pracę na czas nieokreślony zniknie na zawsze z polskiego rynku a pracownicy powinni po prostu pogodzić się z taką nieuchronną koleją rzeczy. Tak dosadna krytyka etatyzmu w ustach znanej bizneswoman to jednocześnie pochwała pod adresem elastycznego zatrudnienia, które ma wypełnić niszę pozostawioną po pracy wykonywanej w ustalonych z góry godzinach.
 
Wypowiedź Henryki Bochniarz wpisuje się idealnie w prowadzoną od dłuższego czasu kampanię, która ze słowa "elastyczność" ma uczynić największy walor i najbardziej pożądaną cechę u otwartego na zmiany pracownika. Według najzagorzalszych obrońców elastycznego modelu zatrudnienia ma być on odpowiedzią na wysokie bezrobocie, brak perspektyw wśród młodych ludzi oraz rosnące wydatki publiczne, zwłaszcza te przeznaczane na opiekę socjalną. Słuchując tych powtarzanych często opinii, można dojść do wniosku, że ci, którzy najmocniej uelastycznią się w swojej pracy zawodowej odniosą pewny sukces - zarobią na godne utrzymanie siebie i swoich rodzin, usamodzielnią się, staną się niezależni i będą mogli przebierać w ofertach, od których przyszły rynek pracy będzie wręcz pękał w szwach.
 
Wydaje się, że kapitalizm oparty na szeroko rozumianej wolności powinien rzeczywiście promować pełną swobodę w relacjach między pracodawcą, a pracownikiem, zaś ryzyko powinno być elementem stale wpisanym w rynek pracy, który przynajmniej w teorii wynikającej z założeń kapitalistycznego ustroju jest maksymalnie wolny. Mit korzystnej "elastyczności" upada jednak w zderzeniu z pewnymi instytucjami, których działalność z samej definicji obarczona jest wielkim ryzykiem, a mimo to podmioty te korzystają z najróżnorodniejszych środków, by je zminimalizować. Znakomitym przykładem są tu banki, które nie są wcale chętne przyznawać kredytów klientom legitymującym się elastycznymi formami zatrudnienia. Wtedy okazuje się, że instytucja bankowa - symbol kapitalistycznego porządku gospodarczego -  preferuje kredytobiorców ze stałą umową o pracę wraz z całym tym pakietem praw pracowniczych i socjalnych, uważanych przez niektóre środowiska pracodawców za relikt rodem z PRL-u. Postępowanie banków, nastawionych przecież na maksymalny zysk, jest zrozumiałe, ale skoro tak potężne jednostki sektora prywatnego chronią się przed ryzykiem i ewentualnymi stratami finansowymi, to czy można dziwić się szaremu człowiekowi, który też chciałby mieć jakieś zabezpieczenie podczas przejawiania aktywności zawodowej.

Nie od dziś wiadomo, że głoszone za pośrednictwem mediów recepty na rozwiązanie społecznych problemów w Polsce rozmijają się często z prawdziwą rzeczywistością. Elastyczny pracownik jest więc dobry tylko wtedy, gdy ułatwia życie przedsiębiorcy, ale poza miejscem pracy jego elastyczność przestaje być zaletą, a stają się wadą, żeby nie powiedzieć przysłowiową kulą u nogi. Dlatego trzeba obrać jedną konkretną drogę i uczciwie przedstawić obywatelom strukturę systemu, w ramach którego mają żyć, zarabiać i zakładać rodziny.

Jeśli wszystko chcemy podporządkować ryzyku, to niech każdy solidarnie je ponosi i nie czyńmy od tej reguły żadnych wyjątków. W przypadku, gdy zależy nam na stabilności i pewności jutra, to dążmy do takiego modelu, gdzie każda ze stron będzie miała poczucie bezpieczeństwa przy zawieraniu wszelakich umów, kontraktów czy transakcji. Istnieje też opcja "mieszana", gdzie można lekko poluzować sztywne reguły rynkowej gry, jednak tylko w sytuacjach, gdzie ta elastyczność jest rzeczywiście dobrem przynoszącym obopólne korzyści.

Utworzenie skrajnie "elastycznego" rynku pracy w realiach sektora finansowego z bankami wychodzącymi z ofertą kredytową jedynie do etatowców to prosta droga do katastrofy tak gospodarczej, jak i społecznej. Wystarczy spojrzeć na aktualny problem demograficzny Polski, gdzie zbytnie oszczędzanie na polityce rodzinnej przyniosło więcej złego niż dobrego - budżet państwa odetchnął nieco od wydatków na cele społeczne, lecz brak przyzwoitego zabezpieczenia w postaci ulg podatkowych, świadczeń i innych osłon zniechęcił wielu Polaków i Polek do zakładania rodzin, przez co system finansowany ze środków publicznych znalazł się w jeszcze gorszym położeniu niż wcześniej. To samo może czekać sektor bankowy, jeśli w kolejce po kredyty ustawią się sami "elastyczni" z podatną na wahania zdolnością kredytową.

Budowanie lepszego rynku pracy nie może opierać się na krótkowzrocznych celach osiąganych radykalnymi środkami, a wszelkie wprowadzane zmiany muszą być rozpatrywane w szerokim kontekście gospodarczym i społecznym. Polska zasługuje na normalizację stosunków na linii pracodawca-pracownik. Skoro jednak z wyrozumiałością podchodzimy do banków otwierających uprzejmie drzwi przed osobami zatrudnionymi na etat, to nie brzydźmy się samą ideą stałego zatrudnienia.

sobota, 21 marca 2015

Szczątki Cervantesa odnalezione 400 lat po jego śmierci

W Hiszpanii dokonano ważnego odkrycia o znaczeniu naukowo-kulturowym. Po 400 latach od śmierci Miguela de Cervantesa ekipa badawcza z Madrytu odnalazła szczątki pisarza znanego z autorstwa "Don Kichota". Jak poddaje BBC, badacze natrafili również na resztki szkieletu żony wybitnego twórcy hiszpańskiej literatury. 


W krypcie, w której znaleziono szczątki renesansowego pisarza, trwały intensywne prace prowadzone przez 30 badaczy wyposażonych w kamery i skanery. Naukowcy są przekonani, że wśród znalezionych materiałów biologicznych znajdują się kości Cervantesa. Zły stan szczątek uniemożliwia ich wyodrębnienie. Późniejsza analiza DNA ma jednak zmienić ten stan rzeczy.

Cervantes został pochowany w 1616 roku, a pod koniec XVII wieku podczas przebudowy jego szczątki zostały przeniesione. Dzięki odkryciu ekipy badawczej z Madrytu będzie możliwe pochowanie pisarza. ze wszystkimi należnymi honorami w nowym grobie w tym samym miejscu, w którym pogrzebano go poprzednio.

Krypta ze szczątkami hiszpańskiego literata ma zostać otwarta dla turystów w przyszłym roku, kiedy będzie obchodzona 400 rocznica śmierci pisarza.

Źródło: WPROST 



KGHM z opinią najlepszego pracodawcy

Tegoroczna polska edycja Randstad Award, będącego największym na świecie badaniem wizerunku pracodawców, sporządziła w oparciu o głosy 9 tysięcy respondentów ranking najlepszych polskich przedsiębiorstw. Zwycięzcą zestawienia został KGHM Polska Miedź. Drugie miejsce zajął Zespół Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin. Na trzeciej pozycji uplasował się Volkswagen Motor Polska.
 
Badanie Randstad Award co roku publikuje raporty przedstawiające, w jaki sposób oceniana jest atrakcyjność pracodawcy na rynku pracy. Biorący udział w ankiecie wskazują, jakimi kryteriami kierują się przy wyborze miejsca zatrudnienia. Wśród Polaków (na reprezentatywnej próbie 9 tysięcy osób) najważniejszym aspektem okazała się wysokość wynagrodzenia. Równie istotne były bezpieczeństwo zatrudnienia i przyjazna atmosfera w miejscu pracy.
 
Ranking najlepiej ocenianych polskich firm otwiera KGHM Polska Miedź. Największy producent miedzi w Polsce został wyróżniony za gwarancję wysokiego wynagrodzenia, benefity pracownicze, bezpieczeństwo zatrudnienia i stabilną sytuację finansową. Zespół Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin to zdaniem badanych pracodawca zapewniający najlepsze możliwości rozwoju kariery i najbardziej dbający o zachowanie równowagi między życiem prywatnym i zawodowym. Wysoka jakość szkolenia oraz perspektywy zawodowe to z kolei główne atuty zamykającego czołówkę Volkswagen Motor Polska.

 

piątek, 20 marca 2015

Ustawa o pomocy dla działaczy opozycji w PRL uchwalona przez Sejm

Sejm uchwalił ustawę o pomocy dla działaczy opozycji antykomunistycznej w PRL. Przewiduje ona wsparcie finansowe w postaci regularnie wypłacanego świadczenia lub jednorazowej pomocy pieniężnej dla osób represjonowanych przez komunistyczne władze. Decyzje w sprawie udzielenia pomocy byłym działaczom będzie podejmował Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych.
 
 
Ustawa o działaczach opozycji antykomunistycznej oraz osobach represjonowanych z powodów politycznych obejmuje osoby prowadzące działalność opozycyjną w latach 1956-1989. Jest odpowiedzią na postulaty i potrzeby dawnych opozycjonistów, którzy znajdują się w bardzo trudnej sytuacji materialnej. Warunkiem przyznania pomocy będzie uzyskanie statusu działacza opozycji lub osoby represjonowanej i spełnienie kryterium dochodowego. Miesięczne świadczenie ma wynosić minimum 400 zł, a określenie wielkości i okresu jego wypłacania będzie leżało w kompetencjach szefa Urzędu ds. Kombatantów. Istnieje też możliwość przyznania jednorazowej pomocy dla osób, których nie stać na zakup wózka inwalidzkiego, aparatu słuchowego czy konieczny z powodów zdrowotnych remont mieszkania.
 
Przed uchwaleniem ustawy posłowie przyjęli także część poprawek zgłoszonych w drugim czytaniu. W większości były to poprawki techniczne, natomiast te bardziej merytoryczne (większa kwota świadczenia, mniej restrykcyjny tryb weryfikacji dochodów, ulgi w transporcie zbiorowym) zostały w całości odrzucone.
 
Po wprowadzeniu nowych przepisów ustawodawcy planują również stworzyć przy urzędach marszałkowskich system informacji dla obywateli, którzy walczyli z ustrojem komunistycznym. Dzięki niemu starsze, niekiedy odcięte od nowoczesnych technologii osoby mogłyby poznać swoje prawa i dowiedzieć się, jaka pomoc przysługuje im od państwa za działalność prowadzoną w okresie PRL-u.     

SKOK-i pod lupą sejmowej podkomisji

Posłowie powołali podkomisję do zbadania sytuacji w sektorze spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych (SKOK-i). Gremium, złożone z 15 osób zasiadających w polskim Sejmie, będzie działać przy komisji finansów publicznych. Kierownictwo grupy, mającej przyjrzeć się wzbudzającej niepokój działalności kas, musi podjąć jeszcze decyzję w sprawie ewentualnej jawności obrad nowo powstałej podkomisji.
 
Krystyna Skowrońska, przewodnicząca sejmowej komisji finansów publicznych, zapowiedziała, że zespół posłów powołany do obserwacji sektora SKOK-ów postawił sobie za cel wyjaśnienie wszelkich wątpliwości dotyczących funkcjonowania spółdzielczych kas. Jak podkreśla szefowa komisji, reprezentująca tworzącą rząd Platformę Obywatelską, konieczne będzie również sprawdzenie, czy ustawa o SKOK-ach jest prawidłowo realizowana. Jest to istotna kwestia z uwagi na to, że niektóre kasy objęte zostały programami naprawczymi.
 
Wiesław Janczyk, poseł przemawiający w imieniu opozycyjnego Prawa i Sprawiedliwości, uważa, że działania podkomisji będą miały sens tylko wtedy, gdy będą w pełni jawne. Jego zdaniem opinia publiczna musi mieć pełną informację na temat funkcjonowania sektora SKOK-ów.
 
W niedługim czasie członkowie podkomisji rozpoczną zebranie w celu wyłonienia kierownictwa. Posłowie PO mają w niej 7 miejsc. 4 miejsca przypadły posłom PIS-u., pozostałe kluby oraz posłowie niezrzeszeni mają po jednym miejscu. 

środa, 18 marca 2015

Rumunia w kręgu państw z poczuciem zagrożenia

Niepokojące wydarzenia na Ukrainie zmuszają państwa, leżące w regionie narażonym na rozprzestrzenienie się konfliktu zbrojnego, do przemyślenia własnej polityki obrony. Do krajów mających poczucie zagrożenia w związku z rosyjskimi operacjami na wschodzie Ukrainy dołączyła Rumunia. Jej premier, Victor Ponta, apeluje do Unii Europejskiej o wyrażenie zgody na wzmocnienie rumuńskich sił militarnych.
 
Wojna prowadzona na obszarze ukraińskiego państwa wzmocniła obawy rumuńskich władz przed możliwą interwencją wojskową na terytorium ich kraju. Szef rządu mieszczącego się w Bukareszcie zwrócił się do Komisji Europejskiej z prośbą o umożliwienie zwiększenia rumuńskiego budżetu obronnego. Obecnie nie jest to dozwolone z powodu nałożonych na Rumunię ograniczeń - kraj ten zobowiązał się do sprowadzenia deficytu do 1,8 proc. PKB w 2015 i 1 proc. w roku 2017. Premier Viktor Ponta liczy na to, że zagrożenie płynące z ostatnich rosyjskich działań politycznych i militarnych skłoni Brukselę do złagodzenia wcześniejszych zobowiązań, co pozwoli Rumunii zwiększyć wydatki wojskowe. 
 
Ponta podkreślił, że Rumunia jako członek NATO i UE jest najbliższym krajem regionu, w którym rozgrywają się niebezpieczne z punktu widzenia przyszłości europejskiego kontynentu wydarzenia. Rumuński przywódca przedstawił też najbliższe plany dotyczące zakupów wojskowego sprzętu, które są kluczowym instrumentem wypełniania zobowiązań wobec partnerów z NATO. 
 
 

Wizja naprawy państwa okiem Janusza Palikota


Janusz Palikot, kandydat Twojego Ruchu na urząd prezydenta, w rozmowie z dziennikarzami wymienił warunki budowania przyjaznego dla Polaków państwa. Jego zdaniem kluczem do naprawy instytucji państwowych jest wprowadzenie osobistej odpowiedzialności urzędników za decyzje skutkujące szkodą u obywateli oraz wdrożenie nowego systemu wynagradzania pracowników urzędów bez przyznawania premii za przynoszone do budżetu wpływy. Startujący w wyborach prezydenckich polityk zarysował też sposób, w jaki najwyższy przedstawiciel polskich władz powinien sprawować swój urząd.
 
Podczas spotkania z przedstawicielami mediów, tuż po  zakończeniu wykładu dla studentów Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, Janusz Palikot przedstawił swój pogląd na to, skąd bierze się brak zaufania polskich obywateli do własnego państwa. Według niego niechęć Polaków do instytucji publicznych bierze się z opresyjnego charakteru aparatu państwowego, który przejawia wrogi stosunek do petentów i jeszcze bardziej pogłębia ich problemy. Jak twierdzi przewodniczący Twojego Ruchu, bez zmiany tego złego, acz prawdziwego wizerunku nawet poprawa przepisów prawa nie przyniesie pozytywnych zmian.
 
Kandydat centrolewicowego ugrupowania zwrócił uwagę na konieczność przyjęcia zasady, że to urzędnik z imienia i nazwiska ponosi odpowiedzialność za podejmowane decyzje i wynikające z nich dla obywateli konsekwencje. Ponadto wyszedł z postulatem premiowania urzędników, zwłaszcza kontrolerów skarbowych z Ministerstwa Finansów, za dobre opinie zgłaszane przez podatników, a nie za wielkość wpływów do budżetu państwa, "wypracowanych" poprzez nakładanie kar finansowych.
 
Cieszący się bardzo niskim poparciem (1-2%)  w sondażach założyciel Twojego Ruchu odniósł się również do trwającej kampanii wyborczej, której celem jest zdobycie prezydentury. Wyraził przekonanie, że gorsze wyniki sondażowe dla urzędującego prezydenta Bronisława Komorowskiego wywrą korzystny efekt na jego własne sondaże, a nie innych kandydatów. Palikot obiecał, że jeśli wyborcy obdarzą go zaufaniem i zwycięstwem, to będzie sprawował urząd prezydenta, często korzystając z prawa łaski, zwłaszcza wobec skazanych za posiadanie niewielkich ilości marihuany.  
 
  

Polakom nie w głowie obrona ojczyzny

Tylko co trzeci Polak deklaruje, że stanąłby do obrony ojczyzny w razie wybuchu wojny. Około 1/4 naszego społeczeństwa wybrałaby wariant natychmiastowej ucieczki za granicę w celu ocalenia życia własnego i swoich bliskich. Zdaniem socjologów obecne pokolenie Polaków zupełnie inaczej rozumie pojęcie patriotyzmu niż poprzednie generacje.
 
Z sondażu Millward Brown, przeprowadzonego na zlecenie „Faktów” TVN, wynika, że 27 proc. ankietowanych podjęłoby decyzję o walce zbrojnej za kraj zaatakowany przez obce państwo. 37 proc. respondentów postawiłoby na opcję biernego oporu, czyli okazania sprzeciwu wobec postępowania okupanta, ale bez użycia broni. Kolejne 19 proc. salwowałoby się ucieczką, gdyby doszło do zbrojnego konfliktu na terytorium Polski. W porównaniu z wynikami z 2008 roku, kiedy to aż 71 proc. badanych wyrażało gotowość oddania życia w obronie ojczyzny, jest to wyraźny spadek tradycyjnie rozumianego poczucia patriotyzmu u polskich obywateli.
 
Specjaliści z zakresu socjologii mają kilka teorii wyjaśniających aktualne poglądy Polaków w kwestii osobistej walki w imię dobra kraju. Henryk Domański z Polskiej Akademii Nauk uważa, że przedstawione opinie są wyrazem wzrastającego w społeczeństwie poczucia bezpieczeństwa, które bierze się z wiary w pomoc Polsce przez Stany Zjednoczone i innych sojuszników z NATO. Na tak niski odsetek chętnych do zbrojnego oporu ma wpływ także zmiana pokoleniowa - wśród rodzimej ludności coraz mniej jest osób, które mają doświadczenia wojenne. Socjolog z PAN podkreśla też zmianę podejścia Polaków do patriotycznych wartości - współczesna postawa patriotyczna utożsamiana jest z sukcesami w pracy zawodowej i współudziałem w rozwoju gospodarczym kraju, a nie z przelewaniem krwi na froncie i strzelaniem do wrogich żołnierzy.    

niedziela, 15 marca 2015

Andrzej Duda za obecnością NATO w Polsce

Podczas wizyty w Nysie popierany przez Prawo i Sprawiedliwość (PIS) kandydat na prezydenta, Andrzej Duda, przedstawił swoją koncepcję dotyczącą obronności Polski. Wybrany do europarlamentu poseł jest przekonany, że bezpieczeństwo polskiego państwa powinno opierać się na sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi i zostać wzmocnione poprzez obecność wojsk NATO. Kandydat PIS opowiada się również za modernizacją polskiej armii.
 
Niedzielne wystąpienie Andrzeja Dudy w Nysie (województwo opolskie) - kolejnej miejscowości odwiedzonej w ramach kampanii wyborczej przez wywodzącego się z PIS kandydata na prezydenta - było okazją do zapoznania się z jego poglądami w zakresie spraw obronnych.
 
Główny konkurent Bronisława Komorowskiego w walce o najwyższy urząd w państwie wymienił bezpieczeństwo jako jedno z kluczowych zadań, którymi powinien zajmować się prezydent. Zapowiedział podjęcie wszelkich działań służących odbudowie polskich sił zbrojnych, jak również zadeklarował poparcie dla idei powstania polskiego odpowiednika amerykańskiej Gwardii Narodowej - ochotniczej formacji wspierającej regularną armię zarówno w czasie konfliktów zbrojnych, jak również w trakcie klęsk żywiołowych.
 
Zajmujący drugie miejsce w sondażach kandydat zwrócił uwagę na konieczność rozpoczęcia inicjatyw skutkujących natychmiastowym podniesieniem bezpieczeństwa Polski. Wśród nich wskazał propozycję utworzenia wspólnych polsko-amerykańskich baz wojskowych. Jego bezgranicznym poparciem cieszy się też pomysł stacjonowania wojsk natowskich na terytorium naszego kraju.
 
   
 
 
 
 

Państwo Islamskie pod naporem Kurdów.

W okolicach miasta Kobane trwa ofensywa zbrojnej grupy Kurdów. Od września zeszłego roku ośrodek ten był oblegany  przez bojowników z Państwa Islamskiego (ISIS), którzy kontrolowali jego wschodnie rejony. Według najnowszych doniesień całe miasto wraz z przedmieściami zostało wyzwolone.
 
Na terytorium Syrii ofensywę skierowaną przeciwko radykałom z ISIS prowadzą m.in. Powszechne Jednostki Ochrony (YPG) będące zbrojnym ramieniem politycznych organizacji zrzeszających mieszkańców Kurdystanu. Dzięki im staraniom dżihadyści zostali wyparciu z wielu miejscowości i wiosek leżących w tym regionie.
 
W odzyskaniu mającego strategiczne znaczenie Kobane wielką rolę odegrały Kobiece Siły Obrony (YPJ) złożone z kurdyjskich ochotniczek, które tworzą kobiece skrzydło YPG. Działania zbrojne prowadzone przez bojowniczki o feministycznych przekonaniach i emancypacyjnych poglądach doprowadziły do odbicia kluczowego w całej operacji militarnej mostu przebiegającego nad Eufratem.
 
Dowództwo kurdyjskiej milicji poinformowało, że wszystkie dotychczasowe kontrataki islamistów zostały odparte, a w starciu z formacjami YPG śmierć poniosło co najmniej kilkudziesięciu przedstawicieli ISIS.
 
 

Wynik wyborów prezydenckich w "rękach" komisji wyborczych

Podczas wywiadu radiowego dla Salonu Politycznej Trójki przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej, Wojciech Hermeliński, poinformował, że najbliższe wybory prezydenckie zostaną przeliczone ręcznie. Decyzja ta wynika z obaw przed powtórzeniem błędów z ostatnich wyborów samorządowych i  konieczności dokończenia testów najnowszego systemu informatycznego przeliczającego głosy.
 
Szef PKW, biorąc udział w audycji Radiowej Trójki, powiedział, że zaplanowane na maj wybory prezydenckie, które cieszą się największą frekwencją spośród wszystkich rodzajów elekcji w Polsce, muszą być przejrzyste i wolne od jakichkolwiek zarzutów pod adresem ich uczciwości. Aby uniknąć scenariusza, jaki pojawił się przy okazji niedawnych wyborów do samorządu, podjęto decyzję o ręcznym liczeniu głosów.
 
Tradycyjna metoda weryfikacji woli wyborców opóźni jednak podanie wyników głosowania. Jak twierdzi Hermeliński, 11 maja, czyli dzień po wyborach, komisja najprawdopodobniej nie będzie w stanie podać opinii publicznej, czy zostanie przeprowadzona druga tura.
 
Przewodniczący komisji odniósł się też do kwestii programu komputerowego, jaki tworzy w oparciu o własny projekt państwowy organ wyborczy. Według informacji przekazanej przez Hermelińskiego system informatyczny jest już prawie gotowy, jednak wciąż wymaga przejścia przez szereg testów. Zdaniem przedstawiciela PKW być może zostanie on wykorzystany na potrzeby jesiennych wyborów parlamentarnych.  
 
 

piątek, 6 marca 2015

Dewastacja Nimrudu przez Państwo Islamskie

Nimrud - w starożytności jedna ze stolic Asyrii, obecnie stanowisko archeologiczne - znalazło się pod kontrolą bojowników z Państwa Islamskiego (IS). Należący do skrajnej organizacji fundamentaliści rozpoczęli plądrowanie i niszczenie miejsca, w którym znajdowało się starożytne miasto. Akt ten spotkał się z bezwzględną krytyką szefowej UNESCO.
 
 
Z doniesień w Mosulu, kontrolowanego również przez aktywistów IS, wynika, że dżihadyści, dążący do ustanowienia kalifatu na terytorium Syrii i Iraku, wpierw obrabowali Nimrud z cennych obiektów, a następnie przystąpili do zrównania z ziemią miejscowego stanowiska archeologicznego przy pomocy ciężkiego sprzętu wojskowego i budowniczego.
 
W związku z tym aktem wandalizmu rzecznik irackiego ministerstwa turystyki poprosił o zwołanie Rady Bezpieczeństwa ONZ, aby zaproponować działania mające na celu ocalenie dziedzictwa kulturowego Iraku. Dyrektor generalna UNESCO Irina Bokova potępiła zachowanie islamskich radykałów, nazywając ich czyn zbrodnią wojenną.
 
Wiarygodne źródła podają, że terroryści walczący pod sztandarem Państwa Islamskiego finansują swoją działalność, sprzedając na czarnym rynku skradzione dzieła sztuki. Jest więc nadzieja, że część zabytków zrabowanych z Nimrudu ocalała i będzie mogła zostać kiedyś odzyskana przez irackie władze.
 
Starożytne miasto Nimrud założone zostało w XIII wieku p.n.e. na wschodnim brzegu rzeki Tygrys w północnej Mezopotamii. Od XIX wieku trwają tam prace wykopaliskowe. Obecnie zaprzestano ich z powodu krucjaty prowadzonej przez członków organizacji IS, którzy w obiektach przedstawiających antyczne bóstwa dopatrują się promocji bałwochwalstwa.

Zgoda Senatu na ratyfikację konwencji o przemocy

Polska jest coraz bliżej ratyfikacji konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. 5 marca zgodę na to wyraził Senat. Ustawę w tej sprawie poparło 49 senatorów, przeciwnych było 38, a jedna osoba wstrzymała się od głosu. Kolejny krok należy teraz do prezydenta Polski.
 
 
Izba wyższa polskiego parlamentu była bardzo podzielona w tej sprawie - część komisji senackich opowiadała się za przyjęciem ustawy wyrażającej zgodę na ratyfikację, a inne proponowały jej odrzucenie. Oprócz wniosków z poparciem lub jego brakiem pojawiła się też poprawka zmieniająca datę wejścia ustawy w życie, jednak ostatecznie została ona wycofana.
 
Linia podziału w Senacie przebiegała głównie wśród barw partyjnych. Senatorowie z ramienia Prawa i Sprawiedliwości byli przeciwni ratyfikacji konwencji, doszukując się w jej zapisach ideologii służącej do walki z tradycyjną rodziną i wiarą chrześcijańską. Argumentowali też, że jest ona niezgodna z polską konstytucją. Zasiadający w Senacie przedstawiciele Platformy Obywatelskiej bronili konwencji, podkreślając, że każde narzędzie mogące zmniejszyć skalę przemocy domowej w Polsce powinno być popierane przez władzę ustawodawczą. Nie wszyscy reprezentanci rządzącego ugrupowania politycznego byli jednak zwolennikami umowy stawiającej sobie za cel walkę z przemocą - trzech senatorów PO było przeciwnych, niektórzy nie byli też obecni na głosowaniu. Nie spotkają ich żadne konsekwencje, ponieważ nie zarządzono dyscypliny partyjnej w czasie głosowania. 
 
Po zakończeniu prac w Senacie los konwencji spoczywa w rękach prezydenta Bronisława Komorowskiego. Jako osoba piastująca najwyższy urząd w państwie może on podpisać dokument bądź skierować go do Trybunału Konstytucyjnego, aby ten sprawdził jego zgodność z ustawą zasadniczą. 
 
Konwencję podpisało 37 z 47 państw Rady Europy, w tym 23 z 28 należących do Unii Europejskiej. Ratyfikowało ją 16 krajów, w tym 9 będących członkami UE. Polska podpisała Konwencję Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej w grudniu 2012 r. Dokument budzi sprzeciw niektórych środowisk, głównie prawicowych i katolickich, z powodu rzekomej tezy mówiącej, że przemoc jest bezpośrednio powiązana z dyskryminacją płci i stereotypami wokół przypisanych im ról.
 
 

Opozycjonista Aleksiej Nawalny na wolności

Aleksiej Nawalny, jeden z przywódców opozycji wobec rosyjskiego rządu, opuścił moskiewski areszt. Przez 15 dni odbywał tam karę za podżeganie do udziału w nielegalnym zgromadzeniu. Nie udało mu się jednak uzyskać zgody sądu na przepustkę, by pojawić się na pogrzebie innego czołowego opozycjonisty, Borysa Niemcowa zastrzelonego przez nieznanych zamachowców w pobliżu Kremla.
 
 
Nawalny został aresztowany 15 lutego na stacji metra za rozdawanie ulotek dotyczących organizowanej 1 marca demonstracji przeciwko rządom prezydenta Rosji Władimira Putina. Kiedy trwała akcja agitacyjna, nie było jeszcze zezwolenia władz miejskich na przeprowadzenie protestu, w związku z czym uznano, że Nawalny złamał prawo, nawołując do udziału w nielegalnej akcji.
 
Tragiczna śmierć Borysa Niemcowa poruszyła siedzącego w areszcie krytyka polityki obecnego rządu. Wystąpił on z prośbą o dobową przerwę w odbywanej karze, jednak sąd odrzucił jego wniosek i wyznaczył termin rozpatrzenia skargi na to postanowienie na dzień po pogrzebie Niemcowa.
 
Aleksiej Nawalny, z zawodu adwokat, to jeden z największych krytyków sposobu sprawowania władzy przez Władimira Putina. Jako autor poczytnego bloga od dłuższego czasu piętnuje przypadki korupcji w administracji państwowej. 
 
Kilkudniowy areszt to nie pierwszy kontakt Nawalnego z rosyjskim wymiarem sprawiedliwości. W grudniu 2014 roku został skazany na 3,5 roku łagru w zawieszeniu za rzekome zagarnięcie pieniędzy francuskiej firmy Yves Rocher. Na jego koncie jest też wyrok 5 lat łagru za rzekome spowodowanie strat materialnych w jednej z państwowych spółek, przy czym wykonanie tej kary zostało ostatecznie zawieszone.  

sobota, 21 lutego 2015

Kolejny rosyjski konwój na Ukrainie

Według relacji OBWE na terytorium Ukrainy wjechał kolejny rosyjski konwój z misją niesienia pomocy humanitarnej. Nikt jednak nie został o nim uprzedzony, a informacje na jego temat pojawiły się dopiero, gdy przekraczał już granicę Ukrainy.
 
Obserwatorzy OBWE poinformowali o wysłaniu przez Rosję konwoju, w chwili gdy należące do niego pojazdy przybyły na przejście graniczne z Ukrainą w piątek rano. Zorganizowany przez Ministerstwo ds. Sytuacji Nadzwyczajnych konwój składał się z 15 ciężarówek, na których widniał napis "pomoc humanitarna". Przed przekroczeniem granicy samochody zostały skontrolowane przez rosyjskie służby graniczne i celne. W ich sprawdzeniu nie brali jednak udziału ukraińscy celnicy.
 
Po południu tego dnia wszystkie pojazdy tworzące konwój powróciły na terytorium Federacji Rosyjskiej.   

piątek, 20 lutego 2015

Porozumienie Sony Pictures i Marvel Studios ws. filmowego wizerunku Spider-Mana


Marvel Studios i Sony Pictures zawarły umowę dotyczącą wykorzystywania wizerunku Spider-Mana w produkowanych przez siebie filmach. Efektem od dawna wyczekiwanego porozumienia obu wytwórni jest zapowiedź produkcji nowego filmu, który trafi na ekrany amerykańskich kin 28 lipca 2017 roku.
 
 
Oświadczenie prasowe wydane przez przedstawicieli Sony Pictures i Marvel Studios zamyka wielomiesięczne negocjacje gigantów z branży filmowej. Wraz z podpisaniem umowy postać Spider-Mana, do której prawa posiada Sony, staje się oficjalnie częścią filmowego uniwersum rozwijanego przez studio Marvela. Oznacza to, że jeden z najpopularniejszych komiksowych superbohaterów będzie mógł wystąpić na ekranie obok Kapitana Ameryki, Thora, Hulka i innych postaci obecnych w filmach, które biją kasowe rekordy.
 
Producenci ogłosili, że nowa wersja Spider-Mana pojawi się najpierw gościnnie w jednym z obrazów Marvela, a następnie wystąpi w solowym współprodukowanym filmie, który zawita do kin 28 lipca 2017. W świetle przepisów zawartej umowy Sony Pictures dalej zachowuje prawa do produkcji, dystrybucji i kreatywnej kontroli nad filmami z Człowiekiem-Pająkiem.
 
Na dużym ekranie widzowie mogli oglądać już dwie serie ze Spider-Manem. Pierwszą trylogię wyreżyserował Sam Raimi, a w postać głównego bohatera wcielił się Tobey Maguire. Reżyserem drugiego cyklu był Marc Webb, a pierwszoplanową rolę zagrał Andrew Garfield. Najnowszy film, w którego produkcji mają uczestniczyć Sony i Marvel, będzie początkiem nowej serii, w związku z czym trwają obecnie poszukiwania kolejnego aktora, który założy kostium Spider-Mana.   

Ryszard Kalisz wycofuje się z wyścigu o prezydenturę

Ryszard Kalisz, założyciel Stowarzyszenia "Dom Wszystkich Polska", zapowiedział, że nie będzie kandydował w najbliższych wyborach prezydenckich. Swą decyzję motywuje krytyczną oceną przebiegu obecnej kampanii wyborczej i brakiem porozumienia ze środowiskami lewicy.

Na zorganizowanej w Sejmie konferencji prasowej Ryszard Kalisz, otoczony najbliższymi współpracownikami ze Stowarzyszenia "Dom Wszystkich Polska", ogłosił, że nie weźmie udziału w wyścigu o fotel prezydenta Polski. Podkreślając majestat najwyższego urzędu w państwie, wyjawił, że jego rezygnacja jest wynikiem niepoważnego zachowania pozostałych kandydatów, którzy prowadzą swoje kampanie wyborcze w sposób tragikomiczny. Według niego pretendenci starają się zjednać wyborców przy pomocy krzykliwych haseł, pustych obietnic i widowiskowych konwencji, na których organizację idą ogromne pieniądze partii politycznych, a więc de facto podatników. Wyznał, że nie może uczestniczyć w takiej tragifarsie. Dodał, że jego niepartyjne stowarzyszenie nie dysponuje tak wielkimi środkami finansowymi jak jego konkurenci.

Były poseł SLD nie ukrywał, że podjął taką decyzję również w związku z brakiem zjednoczenia rozproszonej w Polsce lewicy. Żaden z najważniejszych liderów formacji lewicowych nie był zainteresowany porozumieniem z niezależnym kandydatem. Zdaniem Kalisza oznacza to, że po lewej stronie sceny politycznej dominuje tendencja do wykluczania pewnych środowisk.

Niedoszły kandydat na prezydenta ocenił, że nie miałby problemów z zebraniem wystarczającej liczby podpisów potrzebnych do zarejestrowania swej osoby w PKW. Na dzień dzisiejszy nie jest w stanie wskazać, komu udzieli publicznie poparcia.