Nie milkną echa po ogłoszeniu pełnych i oficjalnych wyników pierwszej tury wyborów na prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej. Dyżurni politolodzy, redaktorzy największych stacji telewizyjnych, i publicyści najpoczytniejszych tytułów, czyli wszystkie mądre głowy "żyjące" na co dzień z komentowania wydarzeń w świecie polskiej polityki, dociekają, jak to się stało, że Bronisław Komorowski - król wszystkich przedwyborczych sondaży - przegrał pierwsze starcie w walce, której stawką była jego reelekcja. Przecież wygrana miała być pewna jak w banku pod czujnym nadzorem polskiego KFN. Opiniotwórcze media robią wielkie oczy w zderzeniu z faktem, że miejsce na szczycie rankingu pretendentów do tytułu prezydenta RP przypadło Andrzejowi Dudzie, kandydatowi, którzy jak się okazało był niedoszacowany w badaniach, jakimi bombardowały widzów i czytelników rzekomo nieomylne sondażownie. Jeszcze większe emocje na wizji i na łamach prasy wzbudza imponujące poparcie, jakie uzyskał antysystemowy rockman, Paweł Kukiz, który uchodzi nawet za nieformalnego zwycięzcę pierwszej rundy wyścigów po przytulny apartament w Belwederze.
Wychodzę z założenia, że nie ma potrzeby szukania na siłę i wymyślania różnorakich przyczyn powyborczej klęski urzędującego prezydenta Polski. Sprawa jest banalnie prosta i potwierdza mądrość ludowego porzekadła, że "bez pracy nie ma kołaczy". Najzwyczajniej w świecie walczący o ponowny wybór prezydent i jego sztab tworzony przez strategów z legitymacją PO prowadzili kiepską kampanię wyborczą - niemrawą i niemądrą, stroniącą od jakiegokolwiek wysiłku. Wręcz była ona modelowym przykładem tego, jak nie należy zabiegać o sympatię wyborców, chyba że celem takich działań jest świadome dążenie do porażki niczym bezrobotny, który dwoi się i troi, by zrobić złe wrażenie na rozmowie kwalifikacyjnej i nie przejść rekrutacji, a więc ostatecznie nie pójść do pracy i wrócić na wygodny fotel zarezerwowany dla ludzi pokroju serialowego Ferdynanda Kiepskiego. Nie do pomyślenia? Być może, ale podobny efekt osiągnęli sztabowcy Bronisława Komorowskiego, więc kto wie, czy nie ma w tych dywagacjach cząstki prawdy.
Wykaz głównych grzechów popełnionych przez znokautowanego prezydenta i jego zagubionych jak dziecko we mgle członków sztabu? Proszę bardzo.
Chorobliwe unikanie debat jak diabeł święconej wody. W każdym normalnym kraju prezentacja swoich poglądów i programów na tle innych kandydatów to podstawowe narzędzie promowania własnej kandydatury. Zasłanianie się polską tradycją nieorganizowania debat przed pierwszą turą wyborów prezydenckich w ustach obecnego prezydenta miała niepoważny wydźwięk. Nie od dziś wiadomo, że tradycje polityczne łamie się równie łatwo jak wyborcze obietnice, więc nic nie stało na przeszkodzie, by z otwartą przyłbicą, w otoczeniu rywali, stanąć w świetle kamer i powalczyć o najwyższy urząd w państwie. Co ważniejsze, suweren - sprawujący władzę zwierzchnią lud polski - domagał się organizacji takiej dyskusji w szerszym gronie, a przeważająca część respondentów była za tym, by popierany przez PO kandydat wziął udział w polemice ze swymi politycznymi oponentami. A jakie powstało wrażenie po nieobecności Bronisława Komorowskiego na tej debacie? Ktoś złośliwy mógł powiedzieć, że prezydent miał cykora, co mogło być prawdą, skoro sam zainteresowany odmówił uczestnictwa, twierdząc, że będzie atakowany ze wszystkich stron przez kontrkandydatów (czy ktoś, kto zamierza być rzecznikiem wielomilionowego narodu, powinien mieć w ogóle takie obawy?). Jednak, co gorsza, wielu mogło odebrać tą decyzję jako jawny wyraz braku szacunku dla spragnionego igrzysk elektoratu i pewnie część wyborców wypowiedziała się jasno na ten temat, wrzucając do wyborczej urny kartkę z krzyżykiem postawionym przy nazwisku innego kandydata. Paradoksalnie, w tym przypadku sondowanie opinii publicznej przez czołowe ośrodki badawcze okazało się być ze wszech miar wiarygodne.
Naiwne podejście w stylu "wybierzcie mnie, bo inni są be". Piastujący obecnie urząd prezydent strzelił sobie w stopę, czyniąc krytykę innych kontrkandydatów głównym tematem swoich wystąpień publicznych. Zamiast na wiecach wyborczych skupiać uwagę na swojej osobie, kierował zainteresowanie słuchających na sylwetki swoich rywali, nawet jeśli malował ich wizje Polski w najczarniejszych barwach. Pomijając już fakt, że urzędująca główna państwa traktowała z góry swoich konkurentów, żeby nie powiedzieć arogancko, to jeszcze nie była w stanie przedstawić Polakom spójnego i perspektywicznego programu rozwoju Polski, a przynajmniej zarysu projektu, któremu patronowałby prezydent Bronisław Komorowski. Hasła wypowiadane przez następcę tragicznie zmarłego Lecha Kaczyńskiego sprowadzały się do obwieszczenia społeczeństwa następującej formułki: "proszę o kolejne pięć lat władzy w pałacu prezydenckim, a będzie tak jak do tej pory, a przecież jest cudownie, bajkowo i kolorowo, więc czego można jeszcze chcieć". Przyjęcie takiej retoryki w okresie tak wzmożonych napięć społecznych o podłożu ekonomiczno-finansowym to kopanie pod sobą politycznego grobu.
Brylowanie w gronie uśmiechniętych i zadowolonych. Powinno być rzeczą absolutnie oczywistą, że startuje się w jakichkolwiek wyborach po to, aby zmieniać kraj na lepsze. W teorii, a jak to wygląda w praktyce, to już temat na inną dyskusję. W każdym razie logika podpowiada, że uczestnik kampanii wyborczej winien kierować swoją ofertę do osób, które nie są zadowolone ze swego położenia materialnego i zawodowego, czują się wykluczone bądź oczekują realizacji pewnych postulatów mogących ulżyć ich trudnej doli. Tym bardziej można było przecierać oczy ze zdumienia, jak nader często Bronisław Komorowski zwracał się do swoich zwolenników o to, by nie dopuścili do władzy głosu "innej" Polski, czyli tych wszystkich malkontentów i frustratów krzyczących na jego wiecach. Tak jakby zapomniał, że te okazujące niezadowolenie jednostki, nieracjonalne w jego mniemaniu, nie pochodzą z Marsa, ale mieszkają tu, w Polsce, i mają wielką siłę w postaci kartki wrzucanej do tej samej urny. Prezydent chciał budować wywieszoną na sztandarach zgodę i widział w sobie reprezentanta całego narodu (słynna akcja z obwołaniem się "kandydatem obywatelskim"), a jednocześnie podczas swoich przemówień dzielił ten naród jak tylko było to możliwe. Stąd słupek procentowy, jaki wyszedł z podliczenia głosów przez PKW, miał taką, a nie inną wysokość.
Zaklinanie na siłę rzeczywistości. Ostatni zarzut wobec stylu prezentowanego przez kandydata wywodzącego się z matecznika PO. Jak można myśleć o sukcesie, jeśli na konkretnie postawione przez dziennikarza pytanie o wysoką liczbę młodych obywateli deklarujących chęć wyjazdu z kraju po opuszczeniu murów, czy to szkół średnich czy uczelni, mający złudną przewagę w sondażach kandydat bagatelizuje ten problem, mówiąc, że kiedyś to opuszczały kraj miliony naszych rodaków, a teraz to raptem 60 tys. rocznie, więc w sumie nie jest źle. Przyjmując, że podana wielkość statystyczna jest prawdziwa, to przecież te tysiące emigrantów to nadal ogromna grupa obywateli, a niemal za każdym z nich kryje się zasmucająca historia naznaczona w głównej mierze brakiem pracy, pieniędzy i perspektyw na przyszłość na polskiej ziemi.
Za te wszystkie błędy i zaniechania w niedzielny wieczór gorącą głowę prezydenta Polski ochłodził wylany kubeł zimnej wody. Iluminacja, która dajmy na to spłynęła na jego sztab po tej merytorycznej i wizerunkowej porażce, powinna rychło doprowadzić do zmiany strategii w trwającej jeszcze dwa tygodnie kampanii wyborczej. Oświecenie musi stać się też udziałem twarzy tej kampanii, która woła z plakatów o zgodę i bezpieczeństwo. W przeciwnym razie trzeba będzie spakować walizki i wyprowadzić się z eleganckiego pałacu. A brak nad sobą żyrandola może wyzwolić nawet w Bronisławie Komorowskim najpaskudniejszą frustrację, która będzie upuszczana, gdy głos zabierze Andrzej Duda. Na stanowisku nowego prezydenta, rzecz jasna.
Za te wszystkie błędy i zaniechania w niedzielny wieczór gorącą głowę prezydenta Polski ochłodził wylany kubeł zimnej wody. Iluminacja, która dajmy na to spłynęła na jego sztab po tej merytorycznej i wizerunkowej porażce, powinna rychło doprowadzić do zmiany strategii w trwającej jeszcze dwa tygodnie kampanii wyborczej. Oświecenie musi stać się też udziałem twarzy tej kampanii, która woła z plakatów o zgodę i bezpieczeństwo. W przeciwnym razie trzeba będzie spakować walizki i wyprowadzić się z eleganckiego pałacu. A brak nad sobą żyrandola może wyzwolić nawet w Bronisławie Komorowskim najpaskudniejszą frustrację, która będzie upuszczana, gdy głos zabierze Andrzej Duda. Na stanowisku nowego prezydenta, rzecz jasna.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz