niedziela, 29 marca 2015

FELIETON: Niezdrowa "elastyczność"

W głośnym wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" Henryka Bochniarz, prezydent reprezentującej interesy polskich przedsiębiorców Konfederacji Lewiatan, wyraziła bardzo krytyczny stosunek do pracy na etacie. Jej zdaniem jest to przestrzały model zatrudnienia, krępujący kreatywnym pracodawcom ręce w zakładaniu i rozwijaniu swoich firm w Polsce. Rzeczniczka praw osób prowadzących działalność gospodarczą dała do zrozumienia, że w niedalekiej przyszłości opcja umowy o pracę na czas nieokreślony zniknie na zawsze z polskiego rynku a pracownicy powinni po prostu pogodzić się z taką nieuchronną koleją rzeczy. Tak dosadna krytyka etatyzmu w ustach znanej bizneswoman to jednocześnie pochwała pod adresem elastycznego zatrudnienia, które ma wypełnić niszę pozostawioną po pracy wykonywanej w ustalonych z góry godzinach.
 
Wypowiedź Henryki Bochniarz wpisuje się idealnie w prowadzoną od dłuższego czasu kampanię, która ze słowa "elastyczność" ma uczynić największy walor i najbardziej pożądaną cechę u otwartego na zmiany pracownika. Według najzagorzalszych obrońców elastycznego modelu zatrudnienia ma być on odpowiedzią na wysokie bezrobocie, brak perspektyw wśród młodych ludzi oraz rosnące wydatki publiczne, zwłaszcza te przeznaczane na opiekę socjalną. Słuchując tych powtarzanych często opinii, można dojść do wniosku, że ci, którzy najmocniej uelastycznią się w swojej pracy zawodowej odniosą pewny sukces - zarobią na godne utrzymanie siebie i swoich rodzin, usamodzielnią się, staną się niezależni i będą mogli przebierać w ofertach, od których przyszły rynek pracy będzie wręcz pękał w szwach.
 
Wydaje się, że kapitalizm oparty na szeroko rozumianej wolności powinien rzeczywiście promować pełną swobodę w relacjach między pracodawcą, a pracownikiem, zaś ryzyko powinno być elementem stale wpisanym w rynek pracy, który przynajmniej w teorii wynikającej z założeń kapitalistycznego ustroju jest maksymalnie wolny. Mit korzystnej "elastyczności" upada jednak w zderzeniu z pewnymi instytucjami, których działalność z samej definicji obarczona jest wielkim ryzykiem, a mimo to podmioty te korzystają z najróżnorodniejszych środków, by je zminimalizować. Znakomitym przykładem są tu banki, które nie są wcale chętne przyznawać kredytów klientom legitymującym się elastycznymi formami zatrudnienia. Wtedy okazuje się, że instytucja bankowa - symbol kapitalistycznego porządku gospodarczego -  preferuje kredytobiorców ze stałą umową o pracę wraz z całym tym pakietem praw pracowniczych i socjalnych, uważanych przez niektóre środowiska pracodawców za relikt rodem z PRL-u. Postępowanie banków, nastawionych przecież na maksymalny zysk, jest zrozumiałe, ale skoro tak potężne jednostki sektora prywatnego chronią się przed ryzykiem i ewentualnymi stratami finansowymi, to czy można dziwić się szaremu człowiekowi, który też chciałby mieć jakieś zabezpieczenie podczas przejawiania aktywności zawodowej.

Nie od dziś wiadomo, że głoszone za pośrednictwem mediów recepty na rozwiązanie społecznych problemów w Polsce rozmijają się często z prawdziwą rzeczywistością. Elastyczny pracownik jest więc dobry tylko wtedy, gdy ułatwia życie przedsiębiorcy, ale poza miejscem pracy jego elastyczność przestaje być zaletą, a stają się wadą, żeby nie powiedzieć przysłowiową kulą u nogi. Dlatego trzeba obrać jedną konkretną drogę i uczciwie przedstawić obywatelom strukturę systemu, w ramach którego mają żyć, zarabiać i zakładać rodziny.

Jeśli wszystko chcemy podporządkować ryzyku, to niech każdy solidarnie je ponosi i nie czyńmy od tej reguły żadnych wyjątków. W przypadku, gdy zależy nam na stabilności i pewności jutra, to dążmy do takiego modelu, gdzie każda ze stron będzie miała poczucie bezpieczeństwa przy zawieraniu wszelakich umów, kontraktów czy transakcji. Istnieje też opcja "mieszana", gdzie można lekko poluzować sztywne reguły rynkowej gry, jednak tylko w sytuacjach, gdzie ta elastyczność jest rzeczywiście dobrem przynoszącym obopólne korzyści.

Utworzenie skrajnie "elastycznego" rynku pracy w realiach sektora finansowego z bankami wychodzącymi z ofertą kredytową jedynie do etatowców to prosta droga do katastrofy tak gospodarczej, jak i społecznej. Wystarczy spojrzeć na aktualny problem demograficzny Polski, gdzie zbytnie oszczędzanie na polityce rodzinnej przyniosło więcej złego niż dobrego - budżet państwa odetchnął nieco od wydatków na cele społeczne, lecz brak przyzwoitego zabezpieczenia w postaci ulg podatkowych, świadczeń i innych osłon zniechęcił wielu Polaków i Polek do zakładania rodzin, przez co system finansowany ze środków publicznych znalazł się w jeszcze gorszym położeniu niż wcześniej. To samo może czekać sektor bankowy, jeśli w kolejce po kredyty ustawią się sami "elastyczni" z podatną na wahania zdolnością kredytową.

Budowanie lepszego rynku pracy nie może opierać się na krótkowzrocznych celach osiąganych radykalnymi środkami, a wszelkie wprowadzane zmiany muszą być rozpatrywane w szerokim kontekście gospodarczym i społecznym. Polska zasługuje na normalizację stosunków na linii pracodawca-pracownik. Skoro jednak z wyrozumiałością podchodzimy do banków otwierających uprzejmie drzwi przed osobami zatrudnionymi na etat, to nie brzydźmy się samą ideą stałego zatrudnienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz