piątek, 15 maja 2015

FELIETON: Ile lewicy w "lewicy"?

To się porobiło. Przegrana Bronisława Komorowskiego w pierwszej turze wyborów prezydenckich to już przegadana sprawa. Czas pochylić się nad wynikiem osiągniętym przez lewicę w tegorocznej elekcji na prezydenta. Popatrzymy na słupki procentowe. Te magiczne 10% przekroczyło tylko trzech kandydatów: konserwatywny obyczajowo i liberalny gospodarczo urzędujący prezydent z PO, konserwatywny kulturowo i solidarny w sferze ekonomicznej Andrzej Duda z PIS oraz niezależny antypartyjny muzyk rockowy Paweł Kukiz. Próżno szukać w całym zestawieniu kandydatów osoby o lewicowych przekonaniach. A nie, jednak jest wśród nich ktoś, kto niby reprezentuje lewicowe środowisko. Magdalena Ogórek z poparciem 2,4%. Nie wygląda to zachęcająco? Prawda, ale czy wystawiona przez Sojusz Lewicy Demokratycznej pani doktor specjalizująca się w historii Kościoła katolickiego to w ogóle była lewica? A czy SLD, mimo lewicowej wprost nazwy na partyjnym szyldzie, to wciąż lewica? Oto pytanie. Czy lewica wystawiła w wyborach lewicę? W tym cały problem.
 
Grzechem śmiertelnym polskiego nurtu lewicy, a co najmniej partii zasiadającej w parlamencie po lewej stronie sali obrad, jest sprowadzanie problematyki społecznej wyłącznie do spraw obyczajowych, podczas gdy dyskurs lewicowy winien toczyć się przede wszystkim wokół spraw ekonomii i materialnego bytu człowieka. W świadomości polskiej, ukształtowanej przez opiniotwórcze media i niestety oderwanych od rzeczywistości działaczy SLD oraz Ruchu Palikota współczesny "lewak" to rozpustny kumpel gejów i lesbijek, cwany lobbysta klinik aborcyjnych, zmieniający definicję płci  "chirurg kulturowy", a zarazem szargający najświętsze wartości rodzinne niegodziwiec i opluwający kościół antyklerykał. A jaki jest prawdziwy lewicowiec? To po prostu człowiek wrażliwy i czuły na niesprawiedliwość społeczną, której przyczyn szuka w źle skonstruowanym systemie ekonomicznym. Osoba z ideowym sercem po lewej stronie jest tam, gdzie ludzi bezprawnie eksmituje się na bruk. Lewicowy społecznik gości na protestach pracowników, którym pracodawca zalega wiele miesięcy z wypłatą wynagrodzenia. Lewicowa dusza buntuje się, gdy słyszy o głodujących dzieciach na "zielonej wyspie". Wreszcie orędownik lewicowych idei dostaje drgawek, gdy dowiaduje się, że 1% najbogatszych ludzi posiada w sumie taki majątek co najbiedniejsza połowa ludzkości. Czyste ideały lewicy urzeczywistniają masowe ruchy robotniczo-socjalistyczne zawiązujące się w Ameryce Łacińskiej, a w niektórych jej krajach przejmujące władzę w drodze demokratycznych wyborów. Nie ta kultura? Odmienna politycznie od naszej polskiej? Proszę bardzo. SYRIZA w Grecji i Podemos w Hiszpanii. Nie trzeba daleko szukać, żeby zrozumieć, że lewicowy bój o zwycięstwo na różnych szczeblach władzy ma zgoła odmienny charakter od polskiej "lewicowej" maskarady.

Wystawiona w wyborach prezydenckich Magdalena Ogórek, mimo bycia młodą, wykształconą i atrakcyjną osobą, poniosła sromotną klęskę. Czemu? Bo była twarzą  z niezrozumiałych względów określaną mianem lewicowej. Prezentowany przez nią program wyborczy (nowa kodyfikacja prawa podatkowego, ulgi dla młodych przedsiębiorców, powołanie gwardii narodowej) był skierowany do elektoratu, który miał już jakiegoś faworyta w szeregu innych kontrkandydatów jawnie deklarujących przywiązanie do idei prawicowych, w tym kapitalistycznych i liberalnych. Nowy kodeks spółek handlowych? Może na początek dobrze byłoby podnieść poziom czytelnictwa zwykłych książek wśród społeczeństwa, bo do lektury sejmowych ustaw przez szarych obywateli jeszcze daleka droga. Pomoc dla młodych osób zaczynających działalność gospodarczą? Chyba lepiej żeby najpierw popracowali i zarobili pierwsze pieniądze jako pracownicy w cudzych firmach, bo śmiałe i pewne wejście na salony przedsiębiorczości winno być zwieńczeniem kariery zawodowej, a nie jej początkiem. Sformowanie ochotniczej milicji narodowej? Głowy pozbawionych perspektyw życiowych ludzi zaprzątają raczej myśli dotyczące walki o byt, a nie z potencjalnym imperialistycznym najeźdźcą ze Wschodu. Wcześniej czy później składanie takich obietnic musiało zerwać maskę i odsłonić prawdziwą pseudolewicową twarz kandydatki  i tak stało się w momencie, gdy pani Ogórek wpadła w oko panu Januszowi Korwin-Mikkemu, który na słowo "lewica" reaguje jak opętana przez demona Regan MacNeil z filmu "Egzorcysta" na święconą wodę. 
 
Lewica była zawsze antyestablishmentowa, antysystemowa i antykapitalistyczna i taka musi być współcześnie, jeśli chce odróżniać się od prawicowych partii i organizacji, oraz pozyskiwać głosy wyborców niezadowolonych ze wzrostu rozwarstwienia dochodowego i innych nierówności. Jej elektorat to głównie ludzie bezrobotni, wykluczeni, niepewni jutra, biedni pracujący, niepełnosprawni i samotnie wychowujący dzieci. Czyli wszyscy ci, co zazwyczaj nie chodzą na wybory organizowane w Polsce. Szukanie poparcia u tych, których niedzielny wypad do komisji wyborczych, podnosi zamykającą się zazwyczaj w 40-50% frekwencję, kończy się katastrofą. Głosujący w pierwszej turze już pokazali, że stawiają na kandydatów, którzy lepiej zrealizują postulaty, jakie wysunęła Magdalena Ogórek. Sympatyczna pani doktor chyba to zrozumiała i da sobie teraz spokój z polityką. A czy lekcję odrobi SLD na czele z Leszkiem Millerem? A czy to nadal lewica? No właśnie.

czwartek, 14 maja 2015

FELIETON: Powyborcza iluminacja

Nie milkną echa po ogłoszeniu pełnych i oficjalnych wyników pierwszej tury wyborów na prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej. Dyżurni politolodzy, redaktorzy największych stacji telewizyjnych, i publicyści najpoczytniejszych tytułów, czyli wszystkie mądre głowy "żyjące" na co dzień z komentowania wydarzeń w świecie polskiej polityki, dociekają, jak to się stało, że Bronisław Komorowski - król wszystkich przedwyborczych sondaży - przegrał pierwsze starcie w walce, której stawką była jego reelekcja. Przecież wygrana miała być pewna jak w banku pod czujnym nadzorem polskiego KFN. Opiniotwórcze media robią wielkie oczy w zderzeniu z faktem, że miejsce na szczycie rankingu pretendentów do tytułu prezydenta RP przypadło Andrzejowi Dudzie, kandydatowi, którzy jak się okazało był niedoszacowany w badaniach, jakimi bombardowały widzów i czytelników rzekomo nieomylne sondażownie. Jeszcze większe emocje na wizji i na łamach prasy wzbudza imponujące poparcie, jakie uzyskał antysystemowy rockman, Paweł Kukiz, który uchodzi nawet za nieformalnego zwycięzcę pierwszej rundy wyścigów po przytulny apartament w Belwederze.
 
Wychodzę z założenia, że nie ma potrzeby szukania na siłę i wymyślania różnorakich przyczyn powyborczej klęski urzędującego prezydenta Polski. Sprawa jest banalnie prosta i potwierdza mądrość ludowego porzekadła, że "bez pracy nie ma kołaczy". Najzwyczajniej w świecie walczący o ponowny wybór prezydent i jego sztab tworzony przez strategów z legitymacją PO prowadzili kiepską kampanię wyborczą - niemrawą i niemądrą, stroniącą od jakiegokolwiek wysiłku. Wręcz była ona modelowym przykładem tego, jak nie należy zabiegać o sympatię wyborców, chyba że celem takich działań jest świadome dążenie do porażki niczym bezrobotny, który dwoi się i troi, by zrobić złe wrażenie na rozmowie kwalifikacyjnej i nie przejść rekrutacji, a więc ostatecznie nie pójść do pracy i wrócić na wygodny fotel zarezerwowany dla ludzi pokroju serialowego Ferdynanda Kiepskiego. Nie do pomyślenia? Być może, ale podobny efekt osiągnęli sztabowcy Bronisława Komorowskiego, więc kto wie, czy nie ma w tych dywagacjach cząstki prawdy.
 
Wykaz głównych grzechów popełnionych przez znokautowanego prezydenta i jego zagubionych jak dziecko we mgle członków sztabu? Proszę bardzo.
 
Chorobliwe unikanie debat jak diabeł święconej wody. W każdym normalnym kraju prezentacja swoich poglądów i programów na tle innych kandydatów to podstawowe narzędzie promowania własnej kandydatury. Zasłanianie się polską tradycją nieorganizowania debat przed pierwszą turą wyborów prezydenckich w ustach obecnego prezydenta miała niepoważny wydźwięk. Nie od dziś wiadomo, że tradycje polityczne łamie się równie łatwo jak wyborcze obietnice, więc nic nie stało na przeszkodzie, by z otwartą przyłbicą, w otoczeniu rywali, stanąć w świetle kamer i powalczyć  o najwyższy urząd w państwie. Co ważniejsze, suweren - sprawujący władzę zwierzchnią lud polski - domagał się organizacji takiej dyskusji w szerszym gronie, a przeważająca część respondentów była za tym, by popierany przez PO kandydat wziął udział w polemice ze swymi politycznymi oponentami. A jakie powstało wrażenie po nieobecności Bronisława Komorowskiego na tej debacie? Ktoś złośliwy mógł powiedzieć, że prezydent miał cykora, co mogło być prawdą, skoro sam zainteresowany odmówił uczestnictwa, twierdząc, że będzie atakowany ze wszystkich stron przez kontrkandydatów (czy ktoś, kto zamierza być rzecznikiem wielomilionowego narodu, powinien mieć w ogóle takie obawy?). Jednak, co gorsza, wielu mogło odebrać tą decyzję jako jawny wyraz braku szacunku dla spragnionego igrzysk elektoratu i pewnie część wyborców wypowiedziała się jasno na ten temat, wrzucając do wyborczej urny kartkę z krzyżykiem postawionym przy nazwisku innego kandydata. Paradoksalnie, w tym przypadku sondowanie opinii publicznej przez czołowe ośrodki badawcze okazało się być ze wszech miar wiarygodne. 
 
Naiwne podejście w stylu "wybierzcie mnie, bo inni są be". Piastujący obecnie urząd prezydent strzelił sobie w stopę, czyniąc krytykę innych kontrkandydatów głównym tematem swoich wystąpień publicznych. Zamiast na wiecach wyborczych skupiać uwagę na swojej osobie, kierował zainteresowanie słuchających na sylwetki swoich rywali, nawet jeśli malował ich wizje Polski w najczarniejszych barwach. Pomijając już fakt, że urzędująca główna państwa traktowała z góry swoich konkurentów, żeby nie powiedzieć arogancko, to jeszcze nie była w stanie przedstawić Polakom spójnego i perspektywicznego programu rozwoju Polski, a przynajmniej zarysu projektu,  któremu patronowałby prezydent Bronisław Komorowski. Hasła wypowiadane przez następcę tragicznie zmarłego Lecha Kaczyńskiego sprowadzały się do obwieszczenia społeczeństwa następującej formułki: "proszę o kolejne pięć lat władzy w pałacu prezydenckim, a będzie tak jak do tej pory, a przecież jest cudownie, bajkowo i kolorowo, więc czego można jeszcze chcieć". Przyjęcie takiej retoryki w okresie tak wzmożonych napięć społecznych o podłożu ekonomiczno-finansowym to kopanie pod sobą politycznego grobu.
 
Brylowanie w gronie uśmiechniętych i zadowolonych. Powinno być rzeczą absolutnie oczywistą, że startuje się w jakichkolwiek wyborach po to, aby zmieniać kraj na lepsze. W teorii, a jak to wygląda w praktyce, to już temat na inną dyskusję. W każdym razie logika podpowiada, że uczestnik kampanii wyborczej winien kierować swoją ofertę do osób, które nie są zadowolone ze swego położenia materialnego i zawodowego, czują się wykluczone bądź oczekują realizacji pewnych postulatów mogących ulżyć ich trudnej doli. Tym bardziej można było przecierać oczy ze zdumienia, jak nader często Bronisław Komorowski zwracał się do swoich zwolenników o to, by nie dopuścili do władzy głosu "innej" Polski, czyli tych wszystkich malkontentów i frustratów krzyczących na jego wiecach. Tak jakby zapomniał, że te okazujące niezadowolenie jednostki, nieracjonalne w jego mniemaniu, nie pochodzą z Marsa, ale mieszkają tu, w Polsce, i mają wielką siłę w postaci kartki wrzucanej do tej samej urny. Prezydent chciał budować wywieszoną na sztandarach zgodę i widział w sobie reprezentanta całego narodu (słynna akcja z obwołaniem się "kandydatem obywatelskim"), a jednocześnie podczas swoich przemówień dzielił ten naród jak tylko było to możliwe. Stąd słupek procentowy, jaki wyszedł z podliczenia głosów przez PKW, miał taką, a nie inną wysokość.
 
Zaklinanie na siłę rzeczywistości. Ostatni zarzut wobec stylu prezentowanego przez kandydata wywodzącego się z matecznika PO. Jak można myśleć o sukcesie, jeśli na konkretnie postawione przez dziennikarza pytanie o wysoką liczbę młodych obywateli deklarujących chęć wyjazdu z kraju po opuszczeniu murów, czy to szkół średnich czy uczelni, mający złudną przewagę w sondażach kandydat bagatelizuje ten problem, mówiąc, że kiedyś to opuszczały kraj miliony naszych rodaków, a teraz to raptem 60 tys. rocznie, więc w sumie nie jest źle. Przyjmując, że podana wielkość statystyczna jest prawdziwa, to przecież te tysiące emigrantów to nadal ogromna grupa obywateli, a niemal za każdym z nich kryje się zasmucająca historia naznaczona w głównej mierze brakiem pracy, pieniędzy i perspektyw na przyszłość na polskiej ziemi.

Za te wszystkie błędy i zaniechania w niedzielny wieczór gorącą głowę prezydenta Polski ochłodził wylany kubeł zimnej wody. Iluminacja, która dajmy na to spłynęła na jego sztab po tej merytorycznej i wizerunkowej porażce, powinna rychło doprowadzić do zmiany strategii w trwającej jeszcze dwa tygodnie kampanii wyborczej. Oświecenie musi stać się też udziałem twarzy tej kampanii, która woła z plakatów o zgodę i bezpieczeństwo. W przeciwnym razie trzeba będzie spakować walizki i wyprowadzić się z eleganckiego pałacu. A brak nad sobą żyrandola może wyzwolić nawet w Bronisławie Komorowskim najpaskudniejszą frustrację, która będzie upuszczana, gdy głos zabierze Andrzej Duda. Na stanowisku nowego prezydenta, rzecz jasna.  

piątek, 8 maja 2015

Umowa o pracę poza zasięgiem miliona pracowników

Badanie wykonane przez Bilans Kapitału Ludzkiego (BKL) informuje, że ponad milion Polaków pracuje bez umowy podpisanej z pracodawcą. Osoby wykonujące pracę poza legalnym systemem zatrudnienia to głównie mieszkańcy wschodnich województw kraju i regionów, w których stopa bezrobocia jest najwyższa.  
 
Jak podaje Gazeta Wyborcza publikująca dane w oparciu o badanie BKL, szara strefa obejmuje około milion czynnych zawodowo polskich obywateli. Podane do wiadomości publicznej statystyki uwzględniają wyłącznie pracowników, którzy przyznali się do wykonywanej nielegalnie pracy. W tej sytuacji istnieje podejrzenie, że liczba osób zarabiających pieniądze ukryte przed wzrokiem organów administracji państwowej jest znacznie większa.  Z opublikowanego badania wynika, że 3 na 5 zatrudnionych w szarej strefie jest zadowolonych ze swojej sytuacji.
 
Zatrudnienie w szarej strefie, potocznie zwane pracą na czarno, jest instrumentem wykorzystywanym przez pracodawców do obniżenia kosztów związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej. Zmniejszenie wydatków dotyczących zatrudnienie odbywa się poprzez niepłacenie składek społecznych za pracownika, który dzięki temu może liczyć na wyższą pensję, nieobciążoną podatkami. Drugą stroną medalu tego modelu zatrudnienia jest staż pracy krótszy o przepracowane na czarno lata oraz brak ubezpieczenia, w tym zdrowotnego dla pracownika.

czwartek, 7 maja 2015

Horror w kolejnym rodzinnym domu dziecka

Wykryto kolejny przypadek znęcania się nad dziećmi w rodzinnym domu dziecka. Małżeństwu ze Świerklańcu, któremu przyznano status rodziny zastępczej, prokuratura postawiła już zarzuty. Dotyczą one stosowania przemocy fizycznej i psychicznej wobec wychowanków.
 
Sprawa znęcania się nad podopiecznymi w rodzinnym domu dziecka w Świerklańcu koło Tarnowskich Gór wypłynęła w związku z wizytą kuratora. Dzieci powiedziały funkcjonariuszowi, że rodzice zastępczy pokazują im zdjęcia innych wychowanków, których spotkała kara. Opiekunowie chcieli zastraszyć podopiecznych wizją podobnych cierpień, jeśli ci nie będą zachowywali się tak jak należy. Wachlarz omawianych kar był bardzo szeroki i obejmował m.in. klęczenie nago z podniesionymi rękami, zamykanie w pokoju na kilka dni i przymusowe głodzenie.    
 
Z komputera oskarżonych rodziców biegli odzyskali ponad 90 tysięcy plików filmowych i zdjęciowych, dotyczących stosowania przemocy wobec dzieci. Jest to kluczowy materiał dowodowy w toczącej się sprawie. 
 
Wychowawcy, którzy dopuścili się przestępstwa, zostali zatrzymani w ostatnim tygodniu kwietnia. W tym czasie pod ich opieką znajdowało się ośmioro dzieci, jedno z nich było już pełnoletnie. Maltretowani przez małżeństwo wychowankowie zostali skierowani do innych rodzin zastępczych.  

poniedziałek, 4 maja 2015

Prof. Bogan Chazan bez zarzutów

Warszawska prokuratura poinformowała o umorzeniu śledztwa w sprawie odmowy przeprowadzenia aborcji przez profesora Bogdana Chazana. Prokuratorzy stwierdzili, że były dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. Świętej Rodziny w Warszawie nie złamał prawa, mimo iż istniały medyczne przesłanki do usunięcia ciąży.
 
Prowadząc postępowanie w związku z zarzutem „narażenia pacjentki na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w związku z odmową przeprowadzenia zabiegu usunięcia ciąży”, śledczy na podstawie zebranego materiału dowodowego i opinii biegłych doszli do wniosku, że ciąża nie zagrażała ani zdrowiu, ani życiu kobiety, która czuła się poszkodowana przez działania prof. Bogdana Chazana.
 
W nieoficjalnych rozmowach prokuratorzy, biorący udział w śledztwie, wyrażali opinię, że ze względu na klauzulę sumienia są bardzo nikłe szanse na postawienie zarzutów znanemu profesorowi ginekologii, będącemu zdeklarowanym przeciwnikiem aborcji.  
 
Afera wokół Bogdana Chazana wybuchła kilka miesięcy temu, gdy media ujawniły zeznania pacjentki Szpitala Specjalistycznego im. Świętej Rodziny, według której dyrektor placówki, mimo iż nie był lekarzem prowadzącym jej ciążę, świadomie i celowo przeciągał procedury tak, aby jej przerwanie nie mogło zostać wykonane z mocy prawa. Pokrzywdzona twierdziła też, że bezkompromisowa, zgodna z katolicką nauką społeczną, postawa Chazana wobec aborcji wywarła presję na innych lekarzach, którzy również wzbraniali się przed dokonaniem zabiegu z obawy przez reakcją swojego przełożonego. Według niej dyrektor szpitala nie wskazał też osoby, która byłaby w stanie przeprowadzić aborcję, mimo iż, jak nakazują przepisy, miał taki obowiązek.
 
W następstwie kontroli krajowy konsultant ginekologii uznał, że w szpitalu doszło do naruszenia prawa, zaś Narodowy Fundusz Zdrowia stwierdził nieprawidłowości i nałożył na szpital 70 tys. zł kary. Ostatecznie prof. Chazan został zwolniony z funkcji dyrektora szpitala przez prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz.